piątek, 30 października 2015

Rozdział 12

W środku wszystko było inne. To znaczy, na początku. Pokonując pierwsze dwa piętra, gdzie kręciło się wiele osób. Od nich wszystkich biła dziwna energia. Ich aura była ciemna i mroczna. Przerażało mnie to. 
   Gdy dotarliśmy na piętro czwarte schodami, ponieważ nie było wind. Tłum znacznie malał, nie przypominało to już miejsca piętro, dwa niżej. Korytarze na schodach tłumiły dźwięk naszych kroków. Panowała taka cisza jakby już nikt nie miał nic wspólnego z tymi poziomami. A jednak po wdrapaniu się na przedostatnie piętro, kiedy schody prowadziły już tylko w górę strzelistym, stromym łukiem dając znać, że to najwyższy poziom. Przynajmniej dla śmiertelników. 
   Drzwi były tylko jedne.
- Poczekajcie chwilę, dobrze? - Szepnęła przepraszająco zerkając na mnie i Neilla przez ramię.
 Oboje zostaliśmy na swoich miejscach patrząc jak wchodzi do pokoju, przez ciężkie, czerwone, drewniane drzwi. Wkrótce wyszła zza nich i kiwnęła głową zapraszając nas. 
Weszłam zaraz po Marry. Pokój był w pięknych słonecznych kolorach. Wypełniały go teraz ostatnie promienie zachodzącego słońca. Minęły trzy godziny od kiedy tu przyszliśmy. Nauczyłam się bezbłędnie odczytywać czas słoneczny. Na ścianach leżały wypuszczane przez okno piękne promienie. Oświetlały one obrazy, mapy, wgłębienia w nich. Zdjęcia przedstawiały kobiety, najpewniej z piętnastego wieku. Mapy ukazywały fragmenty półkuli ziemskiej, fragmenty lasu, było na nich umieszczone wiele szpilek, punkcików, linii, nitek. 
   Ale najważniejsze w pokoju było biurko, ustawione naprzeciwko okna, za nim siedziała staruszka. Wcale się nie uśmiechała. Jej wyraz twarzy przypominał raczej współczucie, ubiór ukazywał, że jest znaczną postacią w tym budynku i może w całym mieście. 
- Ty musisz być Alice. - Powiedziała, wstając i podając mi dłoń. 
Miała bijące zielenią oczy i niemal przezroczystą skórę. Białe włosy opadały na chudą twarz. Cała wydawała się być taka malutka. 
- A Ty musisz być Neille. - Stwierdziła podchodząc do chłopaka.
- To moja babcia. Zajmie się Wami do pewnego czasu. - Oznajmiła Marry.
Zmarszczyłam brwi. 
- Czyli do kiedy? 
- Aż zło nie zniknie. - Dokończyła staruszka.
- Jakie zło? Co nam grozi?- Zapytałam. 
Niepokoiłam się. W lesie nadal został Carol, Michael, Jess...
Myśl o tym, że mogliby umrzeć była paraliżująca. Dlatego wolałam o tym nie myśleć. I o tym, co ostatnio przeżyłam w hali również. 
    Kobieta zaklaskała dwa razy. Po czym do pokoju weszła młoda dziewczyna, mogła mieć najwyżej piętnaście lat. Leciutko ukłoniła się przed nami i z posłuszeństwem patrzyła na swoją "panią". 
- Eligio, to jest moja wnuczka - Marien. To jest Alice oraz Neille. - Przedstawiła nas dziewczynie. - Proszę, zabierz chłopca i pokaż mu jego pokój na ostatnim pietrze numer trzysta dwadzieścia osiem. 
- Tak jest pani. 
  Eligia chwyciła chłopaka delikatnie za łokieć i poprowadziła do wyjścia. Zaraz drzwi zamknęły się za nimi.
- Proszę, usiądźcie.- Powiedziała babcia i wskazała fotel.
  Pomieszczenie było dosyć duże jak na jedną osobę. Dopiero po chwili zauważyłam co tak naprawdę go uzupełnia. Na każdej ścianie oprócz tej poświęconej pamięci i mapom rozciągały się szafy z księgami. Kobieta podeszła do jednej z nich i wyjęła cienką książkę w twardej oprawie z drewnianymi kartami. 
- Nie musimy rozmawiać o tym co zobaczyłaś. - Przerwała aby słowa zawisły w powietrzu. - Ponieważ ja wszystko wyczytałam z kuli. Po Twojej minie sądzę, że raczej nie wiesz kim jesteś i co się wtedy wydarzyło...
 Przewróciła kilka kart książki.
- Ale jeśli zechcesz porozmawiać. Możesz się do mnie zwrócić. - Zapewniła mnie patrząc prosto w oczy. - Rozumiesz?
- Co się wtedy stało?- Nie.
Kobieta wymieniła spojrzenie z Mary, a właściwie Marien. 
- Droga Alice. To wszystko co Cię spotkało prowadzi do Twojej pierwszej przemiany. 
 - Jakiej pierwszej przemiany? - Nie miałam pojęcia o czym ta kobieta mówi. 
- Pochodzisz z Marion? - Przytaknęłam.- Czy wiesz jak nazywała się Twoja prababka? 
- Tak, Cecylia. 
 Kobieta zaśmiała się, wprawiając mnie w rozdrażnienie. 
- Pytam raczej o stronę taty. 
- Nie znałam taty. 
- A dziadka?
Zaniemówiłam. Zapadła długa cisza. Nikt nie rozmawiał ze mną o dziadku od wielu miesięcy. Jego wspomnienie nadal przywoływało bolesne myśli. Błąd, bolesne było raczej wracanie do nich. Potrafił tak wiele rzeczy mi pokazać nie mówiąc ani słowa. Nauczył mnie wyczekiwać okazję, wypatrywać znaków kiedy mogę zaatakować. 
 To śmieszne. Kiedyś zabrał mnie na polowanie. Mieliśmy ze sobą wiatrówkę, leżeliśmy godzinami w wysokiej trawie czekając na jakąś zwierzynę. Kiedy już nadszedł jeleń obserwowaliśmy jak się porusza w poszukiwaniu pożywienia. Nie mogłam go tak po prostu zabić, dla zabawy. I jestem święcie przekonana że dziadek nie mógłby również. Dlatego kiedy trzykrotnym rozkazem nakazał mi nacisnąć spust broń nie oddała strzału. Nie było w niej śrutu. To pokazało mi, że nie chciał abym zabiła tamto zwierzę, chciał abym umiała się obronić gdyby ktoś mnie atakował. 
 - Kwieta.- Powiedziała patrząc w księgę. 
Pochyliłam się w fotelu, aby lepiej zrozumieć sytuację.
- Miała na imię Kwieta.-Powtórzyła podnosząc wzrok.- Najczęściej ludzie z wioski nazywali ją "Wiosenką", ponieważ była to osoba spokojna, poukładana, radosna, zamknięta w sobie. 
 - Dlaczego o tym mi pani mówi? - Zapytałam.
- Ooh, nie przedstawiłam się. - Wstała i podała mi znów swą dłoń. - Mów mi Aurelia. Nigdy pani.
- Dobrze... Aurelio. W takim razie, czemu o rozmawiamy o mojej rodzinie? 
- Pragnę pokazać Ci obraz tego czym jesteś, a raczej tym, czym się staniesz.
- Słucham więc.- Odparłam, ale w oczach miała już łzy. Bałam się usłyszeć że ja również mam większe cele niż każdy inny śmiertelnik. A może bałam się też usłyszeć, że nim nie jestem. Bo czemu znajduje się na świecie miejsce dla kogoś kto niby żyje, a jednak nie jest tym kim są wszyscy. Bałam się usłyszeć że jestem inna. Każdy by się tego bał.
 - Kwieta była kimś niezwykłym. Potrafiła każdego uzdrowić ziołami i płynami jakie sama tworzyła. Ale to nie wszystko. Kwieta urodziła się czarownicą. Rzucała zaklęcia na ludzi, aby wyzdrowieli. Dar ten odziedziczyła po swojej matce i babce. W rodzinach bywa tak, że dziecko należy uczyć, odkrywać jego talenty. Ty natomiast urodziłaś się w nieświadomości. Nikt Cię nie przygotował do Twoich tegorocznych urodzin, w które przejdziesz transformację. 
- Słucham?!
Marien i Aurelia znów wymieniły spojrzenia. Tym razem odezwała się Marien.
- Mam tutaj księgę o Twoim rodzie. Zasłużyli się dla naszego miasta, dlatego na ścianie i w bibliotece są wzmianki o nich. 
- Chcę zobaczyć akta.- Oznajmiłam twardo.
- Nie sądzę, aby było to ko...
- Proszę. -Przerwałam stanowczo, bo głos mi się łamał. Nie wiedziałam tyle lat zupełnie nic o mojej rodzinie, a teraz jak za sprawą czarodziejskiej różdżki wszystko się pojawia. 
- Dobrze. - Zaklaskała dwa razy i w pokoju zjawiła się Eligia.- Proszę, przynieś mi przygotowane akta rodu rodziny Butler. 
- Tak jest, pani.
***
- Spójrz tutaj.- Wskazała Aurelia na zdjęcie pokazujące drzewo rodzinne. - Tu jest Największa Czarownica. 
  Na fotografii była kobieta łudząco podobna do mnie. Brązowe fale, szare oczy, wydatne kości policzkowe i zadarty nos. 
- To niemożliwe.- Wyszeptałam.
- A jednak. - Odpowiedziała mi Marien.
- Pani, źle się czuję. Kręci mi się w głowie. - Zawołała Eligia po czym zachwiała się na nogach. Ja i Marien podbiegłyśmy by złapać ją w ostatniej chwili nim upadnie na podłogę. Rudowłosa mnie wyprzedziła i przytuliła dziewczynę po piersi szepcząc, że wszystko już dobrze. Niestety wyraz twarz Eligii wskazywał gorączkę.
 - Marien, pomożesz iść Eligii do lekarza na dole. A ty Alice, przemyśl to co Ci powiedziałam i proszę, idź na najwyższe piętro i zajmij pokój numer trzysta pięćdziesiąt. Rozgość się tam i zejdź na kolację za dwie godziny na trzecie piętro. - Nakazała. - Do zobaczenia.

----
Miszi Mau.

sobota, 10 października 2015

Rozdział 11

 Kolejny dzień. 
Tym razem nie muszę się już o wiele martwić. Chłopak, ja i Marry jesteśmy bezpieczni. Nellie jest z nami. Chyba nie zdaje sobie sprawy dlaczego. Tak po prostu Lowell przekazał go w ręce rudowłosej nie myśląc, że może być ona w zmowie ze mną. Przemyciła młodego do kryjówki. Był to właściwie mały domek pomiędzy drzewami, przedzierając się przez krzewy same nie mogłyśmy go wypatrzeć, ale zdałyśmy się na zwierzęce zmysły Marry. Nie zawiodłyśmy się. Szybko trafiłyśmy do chłopca. 


    Teraz dziewczyna idzie przed nami, zdaje się, że zna ten las bardzo dobrze. Czyli musiała mnie okłamać w związku z opowieścią o jej pierwszym wyjeździe na obóz. Ale potrafiłam zrozumieć, ja też nie powiedziałam jej prawdy do końca. Nie jestem przekonana czy umiem pięknie kłamać. Sama szybko łapię siebie na kłamstwie, ale czy po mnie widać? Nie mam pojęcia. 
 - Możecie mi powiedzieć w końcu gdzie idziemy?- Zawołał Nellie przerywając ciszę.
- Tam, gdzie będziemy bezpieczni.
    Przez głowę przebiegła mi myśl, że w lesie został Carol. Przestraszyłam się tego. A jeśli coś mu się stanie?
   Ku mym oczom ukazała się ogromna brama, prawie do samych koron drzew. Była zardzewiała, niebieska farba odpryskiwała na potężnych, zaokrąglonych, stalowych zdobieniach. Za bramą rosła wysoka trawa i drzewa. Marry wyjęła z torby, którą niosła klucze. Otworzyła nimi bramę przepuszczając nas pierwszych. Trawa sięgała mi do kolan. Przeszliśmy ostrożnie przez zarośla kiedy przed nami pojawiła się dróżka najpierw cieniutka, piaszczysta. Z czasem trawa była przycięta niżej. Nareszcie pojawił się chodnik wyłożony pękającymi płytami, następnie płyty zamieniły się w kostkę ułożoną równiutko. Trawa wokoło była świeżo ścięta, a drzewa rosły coraz rzadziej wzdłuż drogi. Na początek pojawiły się małe domki, drewniane szopy. Później otaczali nas już ludzie. Usłyszeliśmy hałas rozmów, krzyki, śmiech. 
    Dróżka zaprowadziła nas na ogromny plac, na którym kręciło się od ludzi i zwierząt. Tętniło tu życie - w środku lasu ludzie założyli małe miasto. 


Spojrzałam na Marry, uśmiech nie znikał jej z twarzy - tu był jej dom. Wróciła na swoje miejsce. Przechodziła przez plac pewna blondynka ubrana była w błyszczące, długie szaty. Wyglądała niesamowicie, zupełnie jak postać fantasy. 
- Chodźcie tutaj.- Powiedziała Marry do nas.
     Skręciliśmy w kamienistą ścieżkę, która stopniowo się zwężała. Spoglądając w górę, ponad kapelusze stoisk zobaczyłam, że ścieżka prowadzi do potężnego budynku, który był utrzymany w gotyckim stylu. 
- Do niego zmierzamy.- Szepnęła rudowłosa. 
----

Miszi Mau.

sobota, 26 września 2015

Rozdział 10

   Nie wierzę że to robię. Dosłownie, nie mogę się otrząsnąć. Akcja dzieje się tu i teraz, jesteśmy w hali. Tylko zimny beton i ciemność otaczają nas dookoła. Obróciłam się o 180 stopni. I nagle zaświeciła się w moim zmęczonym umyśle jasna i ciepłym promieniem przecinająca mnie na wskroś żarówka, światło lub płomień. Rozjaśniła powoli moją twarz mimo, że była to tylko wąska wstążka światła. Powoli robiło mi się ciepło, znałam to uczucie. To była nadzieja. Piękna emocja, zawsze w najgorszych chwilach pomagała mi wytrzymać i teraz również się zjawiła aby mi pomóc. 


   Kiedyś ktoś na pogrzebie dziadka powiedział mi, że kiedy tylko w chwilach zagrożenia życia zobaczę światło Księżyca w pełni będzie to oznaczało, że On czuwa nade mną. I ten ktoś nie wyjaśnił mi kim jest On, ale rzeczywiście miał ten człowiek rację. Kimkolwiek by ta istota nie była dodawała mi siły psychicznej. Abym mogła szybko myśleć i kierować się w odpowiednią stronę. No więc teraz też tak było. 
    Kiedy tylko się odwróciłam zobaczyłam uchylone drzwi hali, przez które wpadało światło księżyca. Byliśmy tu we dwoje. Ja i James. Chłopak dopiero niedawno do mnie dołączył, pewnie kopał dół tak jak w ubiegłym roku. Byłam przerażona, bo wiedziałam co się dzisiaj może stać. W głowie kartkowałam rozdziały scenariusza, który sobie ułożyłam aby ocalić Nelliego i Marry. Dziewczyna wiedziała ode mnie na co się pisze. Powiedziałam jej wczoraj wieczorem i dałam czas aby sobie wymyśliła plan akcji. Ma grać zakochaną w Lowellu, chociaż w sumie pewnie nawet nie musi... Problem w tym, że chcąc nie chcąc uwierzyła mi na słowo o tym co będzie się działo. Zostania zamieszana w przestępstwo i nie będzie odwrotu. Lowell wybrał ją tak samo jak wybrał mnie. W każdym razie wiem, że oczyszczą go z zarzutów bez względu na to jak ciężkie byłyby oskarżenia i jak mocne sędzia miałby dowody na jego winę. Tylko James pcha się w to na ślepo. Sam pewnie nie wie w jakim celu to robi, może brat mu zagroził? Przecież wykonuje czarną robotę. I to z uśmiechem na ustach. Niewiarygodne jaki przerażający demon może czaić się w pięknym opakowaniu. 
   James jest na trzecim roku studiów. Najlepszy uczeń, najwyższe oceny, najprzystojniejszy chłopak i pewnie można by wymieniać tak w kółko. Teraz ten sam chłopak siedzi na krześle jakieś siedem metrów ode mnie bujając się w przód i w tył ze znudzeniem czekając na zastrzyk adrenaliny, który dostarcza mu spalanie zwłok. Wciąż zadaję sobie pytanie jak zaczęło się to u niego. 


  Nagle usłyszeliśmy kroki na zewnątrz. James zerwał się bezszelestnie z krzesła i przygotował wszystko do ataku. Kroki się zbliżały i była to jedna osoba. Drzwi się otworzyły i przez chwilę stała w nich ciemna, wysoka postać. Niemal nadludzka. James rzucił się na nią zakładając worek na głowę i powalił postać na zimny beton. Nie odważyłam się poruszyć, bo zaraz ktoś podszedł od tyłu do chłopaka duszącego wijącą się postać i przystawił mu coś błyszczącego do szyi przecinając skórę jednym pociągnięciem. Z rany lała się czarna maź. Ciało chłopaka opadło bezwładnie na postać z workiem na głowie. Tamten czując, że ktoś go uratował zepchną wykrwawiające się ciało dwudziestoparolatka na bok i zdjął worek. Nim zdążył go rzucić na ziemię dostał kilka ciosów w brzuch i sam opadł na ciało Jamesa. 
   Wstrzymałam oddech. Powietrze zapachniało świeżą krwią, ciała spoczywały jedno na drugim a wokoło była czarna kałuża. Sprawca rozglądał się po hali, byłam wstrząśnięta tym co zobaczyłam. Wszystko działo się tak szybko, że nie mogłam zareagować ani krzyknąć, ani nikt nie mógł wydać z siebie jakiegokolwiek odgłosu. Czułam jak ciepłe łzy spływały mi po policzkach, modliłam się by nie szlochać. Postać dźwignęła ciało chłopaka, który dostał ciosy w brzuch. Kiedy ciągnął zwłoki przez otwarte drzwi zauważyłam znajomą bliznę na ramieniu. To był Lowell. To jego James dusił. Oczywiście przez przypadek. To była pomyłka, za którą musieli oboje zapłacić. Jeżeli Lowell tu przyszedł sam oznacza to, że coś poszło nie tak. 
    Zostałam w hali jedyna żywa. Bo przy drzwiach leżało jeszcze ciało Jamesa, mogłabym uciec teraz. Wystarczyłoby wymknąć się przez tylne drzwi, tymi którymi dostał się tu sprawca. Ale nie uciekałam. Jeszcze nie teraz. Nie byłam na tyle głupia żeby korzystać z pierwszej lepszej szansy, nawet jeżeli byłaby to jedyna możliwość. Musiałam zostać i poczekać, aż wróci po Jamesa. I tak też było. Wrócił. Kiedy wchodził ujrzałam czerwoną czapkę na głowie. Myślałam czy  mogłabym go znać. Z czymś mi się ona skojarzyła, ale nie dałam się poprowadzić tym tropem. Trzeba się wydostać. Znaleźć Marry i Nellie. 
Wyciągnął ciało Jamesa, po tym jak szybko wrócił sądzę, że jest nie daleko. Może znalazł dół, który wcześniej wykopano na potrzeby tej chorej akcji? To oznacza, że powinnam zachować czujność. 
   Najciszej jak się dało przesunęłam się do drzwi, którymi wszedł nieznajomy. Brakował może trzech metrów do wydostania się kiedy nagle oniemiałam. Na mojej drodze pojawił się wilk. Od naszego spotkania mógł minąć miesiąc. Bestia stanęła ze mną prawie oko w oko. Był jeszcze bardziej przerażający niż za pierwszym razem. Jego sierść lśniła neonowym pomarańczem. Nie znałam nazwy tego koloru. Był on niesamowity i niespotykany. Tak samo jak miesiąc temu przerażał mnie jego wzrost i potęga. Głębokie, czarne oczy wpatrzone we mnie nie ze wściekłością, ale z przerażeniem i nagle sobie uświadomiłam... wilczku, jesteś tu tak samo bezradny jak ja. Poczułam jakby czytał mi w myślach. I chyba też oboje wyczuliśmy, że zło nadchodzi. Podbiegł do mnie i poruszył pyskiem moją rękę dając mi znak gotowości do ucieczki. Chwilę później już nas tam nie było.
                                 *

Pędziłam przez las jak w transie napędzana paraliżującym strachem. W każdej chwili moje życie mogłoby się skończyć jednym pociągnięciem noża tamtego rzeźnika. Biegnąc ile sił w nogach coraz oglądałam się na wilka, który dotrzymywał mi kroku. Wyglądał nierealnie jak biegł obok sprawnie przeskakując coraz to większe pieńki, przewalone drzewa, krzaki. Mogłabym patrzeć na niego przez ten cały czas, ale ryzykowałabym zderzeniem z drzewem. 
   W końcu zmęczenie wzięło górę nade mną i zwolniłam. Po kolejnych dwóch kilometrach zatrzymaliśmy się. Żadne z nas nie miało siły biec. Mam wrażenie, że wilk rozumie mnie bez słów. Miałam wręcz wrażenie, że to nie jest wilk. Kiedy już był obok czułam się bezpieczniej i jego obecność dodawała mi otuchy. Lepiej się czułam będąc tu ze zwierzęciem niż sama pośród wielkiego lasu. Patrzyłam jak spokojnie układa się zwijając swoje wielkie ciało na miękkim mchu i zasypia. Było w tym coś kojącego. W końcu sama zasnęłam głębokim snem bez snów. 
***


    Musiało być wcześnie kiedy się obudziłam. Zaledwie wstawał świt. Nie przespałam dużo. I zmęczenie sprawiało mi sen z powiek. Kiedy tylko się rozbudziłam spojrzałam dookoła. Powróciły męczące obrazy wczorajszej nocy. Ne mchu nadal spał zwinięty wilk. W porannym słońcu, które już zaczynało przebijać się przez chmury jego sierść była jeszcze bardziej nierealna. A sposób ułożenia jego cielska był pewnie nie wygodny. Przypominał mi człowieka. Nie wiedziałam czemu, patrzyłam na niego i widziałam małą zwiniętą w sobie istotkę, która nie potrafi uwolnić się z ciała. 
   Jak na komendę podniósł powieki i zamruczał. W ciągu kilku sekund jego ciało zaczęło się zmieniać. Potężne łapy z długimi pazurami zamieniły się w delikatne, artystyczne, kobiece dłonie. Znikła sierść, zamiast tego pozostały rozczochrane włosy w kolorze mandarynki. Cielsko zamieniło się w drobnej budowy ciało wysportowanej dziewczyny. Nie mogłam uwierzyć, że ku mym oczom ukazała się Marry. To już nie był wilk, potężny, wielki, przerażający i pewny siebie. To była dziewczyna, z którą miałam do czynienia codziennie. 
    Nie czekała aż coś powiem, tylko wstała i zniknęła gdzieś za drzewami. Siedziałam jak wmurowana w ziemię, kompletnie zaskoczona i z niedowierzaniem kręciłam głową. To nie może być prawda. Takie rzeczy nie istnieją. 
Wkrótce wróciła ubrana w białą bluzkę i czarne dżinsy. Włosy miała związane w kitkę. Przyniosła mi kilka ubrań do przebrania i poprosiła abym je włożyła. 
    Poszłam więc nad brzeg rzeki wijącej się niedaleko i obmyłam ciało wodą. Nie była zimna. Mimo, że w nocy temperatura wyraźnie spadła. Zmyłam z siebie resztki wczorajszej nocy i uprałam ubrania, które pachniały krwią. Nie miałam siły rozpamiętywać co działo się wczoraj, niech to po prostu tak zostanie. 
   Wróciłam do Marry, która wyciągnęła z torby kilka konserw i chleb. Siedziałyśmy nie mówiąc nic o tym czym mnie zaskoczyła. To było niesamowite, ale jeśli nie chce o tym wspominać ja nie będę naciskać. W końcu nie wytrzymała napięcia.
- No zapytaj! - Poprosiła.
- Jak to się dzieje? Jak to możliwe?- Zapytałam.
- Potrafię zmieniać się w wilka, takiego jakiego już widziałaś. 
- Czym... kim jesteś?
- Zmiennokształtną. 
 I tu zapadła cisza, pewnie uznała, że jeśli wiem tyle to jest w porządku. Ale nie było źle. Byłam ciekawa, ale czułam, że niedługo i tak mi o wszystkim opowie sama. 


----
Miszi Mau.

wtorek, 22 września 2015

Rozdział 9

Obudziłam się następnego dnia.
To dziwne, ale miałam w sobie uczucie przypominające cykającą bombę, a z każdą chwilą traciłam czas na głupie myśli. W głowie oprócz pulsującego bólu miałam tylko słowo "Działaj". Obudził się we mnie zwierzęcy instynkt. Albo samoobrona. A może w ogóle obrona. Czekałam na atak krwiożerczej bestii. 
  
      Sama stałam się potworem ze swoich snów. 
Groźnym, nieustraszonym, o sierści pomarańczowej jak kolor włosów Marry. Dziewczyny, za którą teraz wziął się mój eks.
I serio, nie jestem zazdrosna. Ale boję się o nią. Lowell weźmie ją do akcji. 
   
    Wstałam, ogarnęłam się. Słońce przeciskało się przez otwarcie w namiocie. Jak zwykle nie zasunięte przez moją koleżankę. W sumie, to już przywykłam i myślę, że wytrzymam. 
  Wyszłam na polanę oblaną porannym słońcem. Niesamowite emocje uderzyły we mnie, kiedy zobaczyłam stosy rozłożonych namiotów. W oddali kręcili się ludzie. Nie Ci sami, których widywałam codziennie przez ostanie kilka... no właśnie. Dni? Miesiąc? To drugie całkiem by było zrozumiałe, bo każda godzina ciągnęła się nieskończenie długo.

* * *
- Hej, Carol. Co tam?- Zapytałam. 
Około południa znalazłam go siedzącego nad brzegiem rzeki po drugiej stronie od miejsca gdzie mamy rozbite obozy na polanie. Rzeka jest szeroka, wcześniej uważałam ją za wąską niczym wstążka. 
   Carol podniósł głowę sprawiając wrażenie jakbym rozproszyła jego burzę mózgów nad jakimś trudnym tematem. 
- Dobrze, gdzie byłaś przed obiadem?
- Poszłam na spacer. 
   Odpowiedziałam, przysiadając się obok niego. W sumie, to zdawałam sobie sprawę z tego, że kłamałam. Oczywiście, udałam się na spacer. Ale nie po to, by podziwiać przyrodę. Chciałam ustalić jak daleko od polany znajduje się hala i dół wykopany specjalnie dla Nellie. Okazało się, że do pokonania jest jakiś kilometr, może dwa. 
  Czas ciągle biegnie, a ja jeszcze nie wiem jak go zatrzymać. Albo nie dopuścić chociaż do zdarzenia. 

   Siedzieliśmy tak obok siebie bez słów oboje pogrążeni w myślach. Pomimo ciszy panującej wokół nas w głowie panował chaos. Tysiące myśli jak wataha motyli.
Postanowiłam, że opowiem wszystko Marry. Widzę jak Lowell się do niej przystawia i nie razi mnie to w oczy. Chodzi o to, aby nie była kolejną ofiarą. 
---
Miłego dnia. :)
Miszi Mau.

wtorek, 8 września 2015

Rozdział 8

(Parę dni później...)


 - Michael, zatrzymajmy się tu...- Ledwie wydyszałam zalana potem. 
  Była ciemna, mroczna noc. Przerażało mnie, że zaraz wstanie świt. Nie jedliśmy za wiele, a właściwie nic. Jedzenia było coraz mniej, a szliśmy coraz dłużej i dalej. I chyba krążyliśmy wokoło, bo wszystko wydawało się identyczne. Z jednej strony czułam nadzieję, że może wrócimy stąd szybciej do obozu. A z drugiej strony chciałam uciekać jak najdalej. Tak jak wtedy, kiedy rok temu uciekałam przez ten las. Taka była moja reakcja - ucieczka. Nikt o nic mnie dotąd nie pytał. Bo jednego dnia byłam, a drugiego nie. Czy to oznaczało, że jeśli ktoś zginie z jednostki nie wzbudza zainteresowania innych?
Booże, co ja podpisywałam? Na co się godziłam składając swój podpis na kartkach z regulaminem? Miałam tysiące myśli w głowie, wszystkie były dla mnie równie ważne. Zaczęłam mieć wątpliwości, że nieuważnie przeczytałam zbiór punktów ściśle ustalonych przez organizatorów. 
- Okej, tutaj rozbijamy obóz i pewnie zostaniemy na dwa lub trzy dni.- Zawołała Elize wskazując polanę już rzadziej otoczoną drzewami niż poprzednia. 
- Jeszcze jedno, to jest miejsce spotkań wszystkich czterech grup.- Dodał Michael ciszej, ale tak żebyśmy słyszeli. 
   Na tę wiadomość znieruchomiałam. Opiekunowie rozdzielali obowiązki na jutro rano, jednak nie mogłam skupić swojej uwagi na ich słowach. Słyszałam tylko "..miejsce spotkań wszystkich czterech grup..". 
Czterech grup. 
Mieliśmy się poznać. 
   Idealny czas na wykonanie mojego zadania powierzonego przez Lowella? Zaplanował to. Nie wierzę. Dałam się tak potraktować...
 Odruchowo spojrzałam na niego i ten uśmiech, niby przelotny, miły, słodki i uśmiech który tak bardzo kiedyś kochałam. Ten uśmiech na mnie czekał. Czuł aż na niego zerknę. Teraz nie miał wróżyć pozytywnemu zakończeniu. Wtedy, czyli rok temu, też nie miał mu wróżyć, ale ja chyba byłam zbyt zaślepiona zobaczyć to co naprawdę mi pokazywał. 
  Musiałam mieć szybki plan jak uratować Nellie. Widziałam do czego jest zdolny, to zwykła bestia. Bez uczuć. 


-----
Miszi Mau.

środa, 2 września 2015

Rozdział 7


 Rano wyruszyliśmy z obozu głównego. 
Po pokonaniu kilku kilometrów nie czułam jednak bólu czy zmęczenia. Bałam się, czułam że Lowell mnie obserwuje. Może to głupie, bo przecież szedł za mną, ale miałam wrażenie że wszystko co robił było wcześniej zaplanowane. 
 Nie tylko bałam się jego, bałam się że nie wrócę, że znowu coś komuś zrobię, że skrzywdzę. Przepraszałam Elize, która szła przede mną za każde nadepnięcie jej na stopę. Bo szłam jak w transie i nie zwracałam uwagi na to ile czasu idę. 
Nie było mi nawet gorąco, dopóki się nie zatrzymaliśmy przy rzece. 
     Woda, płynęła spokojnie tylko na pierwszy rzut oka. Wydawało mi się, że wszystko w tym lesie jest bezpieczne, więc ochrzaniałam siebie w myślach dlaczego można tak się bać. Skoro nie jestem sama. 
  Mieliśmy chwilę przerwy na odpoczynek. Dopiero teraz zauważyłam, że mam na sobie bluzę i długie spodnie. A był duży upał, temperatura mogła sięgać do czterdziestu stopni. A ja się wręcz paliłam. Postanowiłam się przebrać. 
 Znalazłam więc miejsce okryte gęsto drzewami, chociaż w sumie nie musiałam daleko szukać. Szybko zdjęłam spodnie i bluzę. Przez głowę mi przeszło że chyba trochę za bardzo panikuję. 
    Kiedy już wyszłam przebrana, żeby przyłączyć się do grupy zauważyłam tylko Marry.
- Gdzie reszta?- Zapytałam.
  W odpowiedzi wskazała palcem na wzgórze po drugiej stronie rzeki. 
Zapomniałam powiedzieć, że była zgięta w pół i nie widziałam jej twarzy. Co mnie zastanowiło. 
Po chwili się doczekałam i zobaczyłam jej fioletowo-czarne usta. We wściekle pomarańczowych włosach lekko potarganych wczepiły się listki krzewu. Całość wyglądała komicznie, więc zaczęłam się śmiać. Po czym do mnie dołączyła.
   Musiałyśmy się chichotać naprawdę głośno, ponieważ wzbudziłyśmy ciekawość Michaela, który cofnął się do nas aby zobaczyć co się dzieje. 
Kiedy podszedł bliżej miał oburzoną minę. I powiedział abyśmy dołączyły do reszty. 
 Marry szybko strząsnęła z włosów resztki roślin i próbowała daremno wytrzeć usta z koloru jagód. 
  Odwróciłam się przez ramię jeszcze na przewodnika, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. 


  Szliśmy szlakiem jeszcze jakieś dwie godziny, robiąc w tym czasie trzy przerwy aby ochłodzić się trochę w wodach płynącej rzeki. Słońce grzało bardzo mocno i miałam wrażenie niekiedy że brakuje mi tlenu. Moje blade ręce zamieniły się w trochę opalone, ale jestem pewna, że po dwóch dniach będę cała spalona.
  Mimo piekielnej temperatury zmierzaliśmy dalej i dalej. Wkrótce po południu zatrzymaliśmy się.
- Tutaj pewnie zostaniemy do jutra.- Powiedział Michael wędrując zza drzew ku małej polanie przy rzece otoczonej drzewami.- Alice i Lowell gotują. Elize i Marry idą po wodę. A ty, Carolu, pójdziesz ze mną po drzewo na ognisko. 


    Lowell prawie natychmiast znalazł się u mojego boku, tak że stykaliśmy się ramionami. Pod wpływem dotyku poczułam falę złych emocji, ale i kilka tych dobrych. 
Odeszłam i rozłożyłam przenośny stolik, na nim ułożyłam deskę do krojenia i nóż. Mieliśmy spakowane kilka warzyw, jednak nie widziałam ile możemy je takie trzymać. Najwyżej kilka dni. Zabrałam się więc do obierania ziemniaków.
- Chciałbym z Tobą porozmawiać, Alice. - Powiedział.
Skinęłam głową zapraszając, aby mówił. 
- Co zrobiłem źle? Dlaczego mnie unikałaś?
   Podniosłam głowę, aby spojrzeć mu prosto w oczy. Jednak zobaczyłam tam tylko zimny chłód. Chciałabym aby to przebiegło normalnie, jak zwykłą rozmowa. Bo przecież kiedyś musieliśmy o tym porozmawiać. 
- Wtedy, jak uciekłam z tego...- Zatrzymałam się szukając słowa na to co się wydarzyło.- Kiedy uciekłam z obozu w tym samym dniu. Nie mogłam sobie poradzić z tym, że... Że zabiliśmy człowieka. A właściwie to spaliliśmy.
   Starannie uciekałam wzrokiem, uczyłam się tego przez tyle miesięcy, bo była pewna, że przyda mi się to właśnie w takich trudnych momentach. Teraz jakby nie udawało mi się to. Chciał widzieć jak mówię o tym co było i słyszeć jak nie umiem o tym właściwie mówić. 
- Nie rozumiem.- Westchnął.- Nie rozumiem po prostu. Myślałem, że uważasz to za konieczność. On musiał umrzeć. 
- Co ty wygadujesz?- Gwałtownie opuściłam ręce z ziemniakiem w jednej i z nożem w drugiej. 
- Mów ciszej, nie jesteśmy tu sami. I mam nadzieję, że nikomu o niczym nie mówiłaś, bo to miałoby dla Ciebie nie pożądane skutki.- Uśmiechnął się trochę złośliwie.
   Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał.
- I jeszcze jedno. W te wakacje to ty odwalasz brudną robotę. Mamy już wytyczoną ofiarę, jest w grupie z Twoją psiapsiółą. James oczywiście pomoże Ci w tym. Ale sama musisz zdobyć benzynę i tak dalej.- Spojrzał mi głęboko w oczy nachylając się aby upewnić mnie, że nie mam szans na sprzeciw.
  Byłam sparaliżowana, ale coś w mojej głowie krzyczało "Nie pokazuj mu słabości". Znowu miał ktoś zginąć, a ja mam w tym brać czynny udział. Gdybym mogła w ogóle się poruszyć na pewno cała bym dygotała. Ale strach był wręcz idealny. Wypełniał mnie całą.
- Co ty będziesz robił?- Wykrztusiłam.
- To samo co z Tobą, mała.- Zaśmiał się.
  Obok nas pojawiły się dziewczyny z wodą, zakończyliśmy rozmowę. Trochę mnie mdliło, źle się czułam. I chyba Elize to zauważyła, bo zapytała co się dzieje. Nie mogłam się odezwać i bez odpowiedzi odeszła. 


Miałam nocą dyżur, obserwowałam gwiazdy na nocnym niebie. Były takie piękne i wydawały się nie mieć problemów. Sama dobrze zamaskowałam swoje. W końcu chodziłam na jakieś tam zajęcia teatralne w przeszłości. Ale to już się dla mnie nie liczyło. Po prostu chciałam zniknąć i uprowadzić tego chłopaka, który został "Wybrany". 
Dowiedziałam się o nim kilka faktów. Mianowicie, że ma na imię Nellie i jest muzułmaninem. 15 lat, metr osiemdziesiąt cztery, ciemna karnacja.
   Byłam gotowa udawać, że się boję, chociaż tak naprawdę byłam już zmotywowana do działania. Powinnam pomóc temu chłopakowi. I tak też się nastawiłam do obmyślania planu działania. 




---
 Trochę się zmieniła koncepcja opowiadania. Ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. :)
Miłego dnia.


Miszi Mau.

niedziela, 30 sierpnia 2015

5 książek, które polecam.

 
CZEŚĆ! :D
Dzisiaj wpadłam na pomysł zrobienia najlepszej piątki książek, które czytałam w ostatnim czasie i jestem z nich bardzo zadowolona.
  
5.  Harlan Coben - Na gorącym uczynku

Haley McWaid, siedemnastoletnia dziewczyna nie powraca do domu. Po trzech miesiącach poszukiwań nie przynoszących żadnych efektów najbliższa rodzina jest przygotowana na najgorsze. W między czasie Dan Mercer wpada w pułapkę zastawioną przez reporterkę Windy Tynes i zostaje posądzony o pedofilię. Sąd jednak uniewinnia mężczyznę z czym nie zgadzają się miejscowi. Zostają znalezione dowody o tym, że Dan był zamieszany w ucieczkę nastolatki, co uruchamia spiralę zbrodni.


4. Małgorzata Warda - 5 sekund do IO


Do jednej z Warszawskich szkół wkracza grupa uzbrojonych nastolatków i zabijają bibliotekarkę na oczach szesnastoletniej bohaterki o imieniu Mila. Jako jedyna rozpoznaje w grupie chłopaka, z którego spotkała kiedyś na zawodach międzynarodowych. Znajomy wypuszcza ją ze szkoły, po czym padają strzały. 
Dziewczyna dostaje od policji propozycję zagrania w nową grę technologii Work a Dream w celu odnalezienia w niej zaginionych nastolatków. Wyjeżdża nad Polskie morze i zaczyna nowe życie, ale czy lepsze?

3. Olga Paluchowska-Święcka - Prosektorium 

  
Natasza Woronowa, to modelka, która decyduje się na pracę w prosektorium. Dzięki niej uczy się dostrzegać piękno i ulotność chwil. Wkrótce awansuje i trafia do szpitala, gdzie zawiera przyjaźń z Felkiem oraz spotyka mężczyznę z którym wyobraża sobie życie. Niestety mężczyzna leży w śpiączce, więc boi się o jego życie. 


 2. Becca Fitzpatrick - Szeptem


Jest to seria cudownych książek, polecam też trochę dla fanów fantastyki. :)
On jest tajemniczy i zabójczo przystojny. Trochę jak nie z tego świata. Odkąd usiadł w ławce Nory w jej życiu zaczęły dziać się dziwne rzeczy.  I nic już nie będzie takie samo.


1. Tess Gerritsen - Sobowtór

 
 Czyli moja ulubiona autorka *-* Właśnie ta pani napisała Autopsję. 
Przed domem Maury zostają znalezione zwłoki kobiety w samochodzie, zginęła od rzadkiego pocisku, który sieje spustoszenie w ciele. Badanie DNA wykazuje pokrewieństwo między kobietami. 





Dla zainteresowanych:
  
Wojciech Jaroń - Byłam przyjaciółką Diabła
 
 Jestem w trakcie czytania tej książki, ale już robi na mnie wielkie wrażenie, naprawdę polecam gorąco. Ale przed przeczytaniem zapoznajcie się z recenzjami (czego ja nigdy nie robię, a potem się zawodzę na tym co wybieram). Książka na pewno nie jest dla wszystkich, także proszę, dobierajcie lekturę do siebie i własnych zainteresowań. :) 



Gary Zukav i Linda Francis - Serce Duszy, Świadomość Emocjonalna


 Nie wiem dlaczego to czytam, ale książka naprawdę fajna. Nauczycie się z niej doświadczać głębiej swoich emocji, a dzięki ćwiczeniom wyraźnie i prosto opisanym możecie łatwo zacząć praktykować. :)

---
Okej, dzięki za czytanie. Mam nadzieję, że coś Wam się spodobało i zachęcę Was do czytania. Bo czym jest człowiek bez czytania? 
Miłego dnia i słonecznej niedzieli :) 

Miszi Mau. 

środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział 6

(Dwa dni później)
Obudził mnie dźwięk budzika. 
Dzisiaj, zgodnie z planem mamy zostać podzieleni na grupy i wyruszyć w głąb lasu. 
Ledwie otworzyłam oczy, a z drugiego krańca pokoju usłyszałam jęk Jessicy. Uśmiechnęłam się, przeciągając zbolałe plecy.
- To nie jest dla mnie wstawać o piątej rano.- Mruknęła przekręcając się na łóżku.- Zupełnie tak, jakby nie mogli zrobić zbiórki o 11stej.
- Nie oszukuj się, o tej godzinie też byś nie wstała.
  Jess tylko zaśmiała się dalej zakopana w kołdrze. 
Ja natomiast dzielnie wstałam, zebrałam przygotowane wcześniej kosmetyki i poszłam do łazienki.




    Kiedy woda powoli zajmowała wannę, ja zaspana stałam przy lustrze. Podeszłam do okna.
Widać było plac, na którym już kręciło się kilkanaście osób. Pośród zgromadzonych rozpoznałam Michaela, który rozmawiał z grupką mężczyzn. 
  Michael to starszy opiekun, z tego co wiem w tym roku był na specjalnym kursie, dzięki któremu może legalnie wyruszać jako przewodnik z grupą podopiecznych. 
Chłopak miał może dwadzieścia pięć lat, a już został najlepszym z opiekunów. Miałam nadzieję, że trafię do jego grupy. Dobrze się znamy i w ubiegłym roku pokazał mi mapę lasu, na których jego częściach odbywają się obozy dla poszczególnych grup wiekowych. 
   Było bowiem tak, że wszyscy uczestnicy oprócz dzielenia na małe grupki po pięć, sześć osób zostają podzieleni na młodzież, dzieci i dorośli. Dzieci zostają prowadzone tylko na polany i dróżki oznakowane, o kilka lat starszym kolegom pozwala się podróżować według szlaku wytyczonego przez organizatorów. A dorosłym daje się większy wybór możliwości, z którym nikt nas nie zapoznaje. 


  - Alice, możesz już wyjść? Jest mi niedobrze.- Zawołała Jess zza drzwi kiedy się malowałam. 
   Najszybciej zebrałam tusz do rzęs i wyszłam z łazienki. 
Jak tylko drzwi się otworzyły Jessica wpadła i zaczęła wymiotować. 
     Nie wiedząc co zrobić podbiegłam do niej i odgarnęłam z twarz kosmyki jasnych włosów. Zatroskana patrzyłam jak się męczy, po czym podałam jej ręcznik.
- Co się stało?- Zapytałam, ale wymioty powróciły.
   Kiedy tylko wszystko odeszło spojrzałam na jej bladą twarz i krople potu na czole. Oczy jej zsiniały, a ciało bezładnie oparte o krawędź muszli klozetowej. Uścisnęłam jej dłoń, żeby dodać otuchy i sobie i przyjaciółce, ale przeraziło mnie zimno skóry. 
   Zachodziłam w głowę jak to możliwe, że w jednej chwili sobie leniuchowała na łóżku zadowolona, a w drugiej na wpół leżała dysząc ze zmęczenia w łazience. 
- Może kogoś do Ciebie zawołam?- Zapytałam starając się, żeby mój głos zabrzmiał bardzo delikatnie.
  Przez chwilę widziałam jak próbuje wydobyć z siebie jakiś dźwięk, ale zrobiła się zbyt ciężka. W końcu tylko pokiwała głową dając mi znak, że się zgadza.  


     Po kilku minutach znalazłam w przedpokoju Panią Judy- organizator całego obozu. Patrzyłam jak zabiera z podłogi ledwie żywą Jessicę. Każdego traktowała z taką samą troską, w sumie większość osób, których jej nie zna zastanawiają się dlaczego taka serdeczna pani w średnim wieku nie ma dzieci. 
    Wszystko to stało się dlatego, że ciocia Judy bardzo kocha dzieci, ale jest osobą nader wierzącą. A religia, którą praktykuje nie pozwala jej mieć dzieci. Jestem przekonana, że wiele razy płakała po nocach zanim razem z mężem stworzyli obóz. Teraz na pewno sprawia jej to szczęście, ale to tylko ulotne chwile, bo przecież po wakacjach wszyscy wyjeżdżają. 
  Niektórzy mówią też, że jej mąż jest za tym, aby nie posiadać potomstwa. Nie umiem sobie wyobrazić jak musiała cierpieć, kiedy i przekonanie i mąż nie pozwalały jej zostać matką. 
   Przez chwilę trwałam tak w swoich myślach i zadawałam sobie pytanie ile ja bym była w stanie zrobić tylko dla samej wiary. Jak mocno można w coś wierzyć. 


Staliśmy na zbiórce. Słońce oświecało plac, na którym zgromadziło się jakieś czterdzieści osób. 
W końcu podeszli do nas ciocia Judy z wujkiem Richardem.
- Dzień Dobry wszystkim, mam nadzieję, że jesteście wyspani.- Obdarzyła nas szczerym uśmiechem.- Zostaniecie podzieleni na grupę A i grupę B. W grupie pierwszej zostaniecie podzieleni na cztery mniejsze jednostki, a w B zostaniecie podzieleni na większe. 
 - Ja wyczytam na początek grupę A i jej mniejsze zbiory. Zespół pierwszy...- Czytał Richard, mój wzrok powędrował wysoko na okna domków wokoło. 

Zamyślona wpatrywałam się w odnowione ściany i pomyślałam, że chciałabym właśnie tutaj spędzić lato. Nie w głębi lasu, chociaż i ten obóz mieścił się daleko od drogi głównej. To miejsce budziło poczucie bezpieczeństwa. Ci, którzy nie mogą wyruszać z nami szlakiem łowią sobie ryby w rzece, która przepływa kilka minut drogi stąd. 
- ... Grupa czwarta: Alice Jones, Marry Hayes, Carol Cerver, Lowell Grant, przewodnicy: Michael, Elize. Kierunek: południowy-zachód...- Już czytał kolejną grupę, w której była Jessica i Aleksandra. 
   W sumie nie zdziwiło mnie, że trafiłam z Lowell'em do jednego zbioru. Brałam to pod możliwość.
- Grupa A wyrusza już jutro, w budynku numer dwa na gablotce wisi rozpiska co musicie ze sobą zabrać. Wszelką żywność i wodę oczywiście sami was zaopatrzymy, ale miło widziane będzie jeśli zrobicie sobie na drogę śniadanie i najlepiej podwieczorek. Zbiórkę uzgadniacie teraz razem z przewodnikami. Przejdźmy do grupy B...

   Michael zwołał naradę dla naszej części, więc wszyscy, którzy w niej byli podeszli. 
- Jestem Michael, wcześniej z Elize uzgodniliśmy, że wyruszymy o godzinie dziewiątej rano. O godzinie ósmej trzydzieści pięć spotkamy się w kuchni, gdzie Lowell i ... yyhm?
- Carol.
- Gdzie Carol i Lowell zrobią dla całej grupy zapasy kanapek. Czy wszyscy zrozumieli i się zgadzają?- Zapytał, ale nie usłyszał słowa sprzeciwu, więc kontynuował.- Widzę, że mamy dwie nowe osoby, może się przedstawicie? A jutro poznamy się lepiej?- Zachęcił.
   Muszę zaznaczyć, że dziewczyna, którą widziałam wtedy siedząc na ławce razem z Carolem dołączyła do naszej grupy. Przedstawiła się jako Marry, miałam ochotę z nią zamienić kilka zdań, ale zostaliśmy wezwani aby zapoznać się ze wszystkimi rzeczami, które trzeba spakować. I przez to nie zdążyłam. 
   Wieczorem zobaczyłam się dopiero z Jessicą, na ognisku.
- Jeejku, ale masz szczęście!- Zapiszczała z podniecenia. 
- O czym mówisz?
- A z kim trafiłaś do zespołu, panienko?- Zaczęła nie mogąc opanować swojego podekscytowania.
- No z Carolem.- Odpowiedziałam i zaśmiałam się.
- Fajnie, co?
- Tak, ale trafiłam również ze swoim byłym i z dziewczyną, która mnie przeraża.
- Mówisz o Lowellu.
- Skąd wiesz?- Zapytałam.
- Wiesz, Aleksa i jakiś inny typek ciągle o tym rozmawiali. 
   Zmarszczyłam brwi. 
Powinnam była się domyślić, że Hector zacznie rozpowiadać o ich związku różne historie. Teraz jednak byłam bezbronna, w sumie to nawet nie miałam się przed czym bronić.




 ----
 Ostatnio posty jak piszę, to są to rozdziały opowiadania o Alice albo jakieś inspiracje. Chciałabym Was czymś zaskoczyć i może w najbliższej przyszłości tak też się stanie. 
Na razie trochę za dużo czytałam książek w bardzo krótkim czasie i nie zdążyłam każdej powoli sobie uporządkować w głowie. Tak też mogę mieć trochę roztargnione myśli w powyższym tekście.  
   Niedługo szkoła! :) Mam nadzieję, że ta myśl nie przyprawia Was o zawrót głowy. Czasu coraz mniej, więc trzeba się spieszyć. Życzę Wam szczęścia na ten rok szkolny, bo coś czuję, że mi również się przyda. 

I trochę cytat wyrwany z pewnego teledysku: 
 " Pieniądze nie spadną z nieba, więc jakie <<Bóg zapłać>>?" 
Trochę dzisiaj było o wierze, więc zostawiam Was z tymi przemyśleniami i życzę Dobrej Nocy. :))
I Miłego dnia :)


Miszi Mau.