Rano wyruszyliśmy z obozu głównego.
Po pokonaniu kilku kilometrów nie czułam jednak bólu czy zmęczenia. Bałam się, czułam że Lowell mnie obserwuje. Może to głupie, bo przecież szedł za mną, ale miałam wrażenie że wszystko co robił było wcześniej zaplanowane.
Nie tylko bałam się jego, bałam się że nie wrócę, że znowu coś komuś zrobię, że skrzywdzę. Przepraszałam Elize, która szła przede mną za każde nadepnięcie jej na stopę. Bo szłam jak w transie i nie zwracałam uwagi na to ile czasu idę.
Nie było mi nawet gorąco, dopóki się nie zatrzymaliśmy przy rzece.
Woda, płynęła spokojnie tylko na pierwszy rzut oka. Wydawało mi się, że wszystko w tym lesie jest bezpieczne, więc ochrzaniałam siebie w myślach dlaczego można tak się bać. Skoro nie jestem sama.
Mieliśmy chwilę przerwy na odpoczynek. Dopiero teraz zauważyłam, że mam na sobie bluzę i długie spodnie. A był duży upał, temperatura mogła sięgać do czterdziestu stopni. A ja się wręcz paliłam. Postanowiłam się przebrać.
Znalazłam więc miejsce okryte gęsto drzewami, chociaż w sumie nie musiałam daleko szukać. Szybko zdjęłam spodnie i bluzę. Przez głowę mi przeszło że chyba trochę za bardzo panikuję.
Kiedy już wyszłam przebrana, żeby przyłączyć się do grupy zauważyłam tylko Marry.
- Gdzie reszta?- Zapytałam.
W odpowiedzi wskazała palcem na wzgórze po drugiej stronie rzeki.
Zapomniałam powiedzieć, że była zgięta w pół i nie widziałam jej twarzy. Co mnie zastanowiło.
Po chwili się doczekałam i zobaczyłam jej fioletowo-czarne usta. We wściekle pomarańczowych włosach lekko potarganych wczepiły się listki krzewu. Całość wyglądała komicznie, więc zaczęłam się śmiać. Po czym do mnie dołączyła.
Musiałyśmy się chichotać naprawdę głośno, ponieważ wzbudziłyśmy ciekawość Michaela, który cofnął się do nas aby zobaczyć co się dzieje.
Kiedy podszedł bliżej miał oburzoną minę. I powiedział abyśmy dołączyły do reszty.
Marry szybko strząsnęła z włosów resztki roślin i próbowała daremno wytrzeć usta z koloru jagód.
Odwróciłam się przez ramię jeszcze na przewodnika, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
Szliśmy szlakiem jeszcze jakieś dwie godziny, robiąc w tym czasie trzy przerwy aby ochłodzić się trochę w wodach płynącej rzeki. Słońce grzało bardzo mocno i miałam wrażenie niekiedy że brakuje mi tlenu. Moje blade ręce zamieniły się w trochę opalone, ale jestem pewna, że po dwóch dniach będę cała spalona.
Mimo piekielnej temperatury zmierzaliśmy dalej i dalej. Wkrótce po południu zatrzymaliśmy się.
- Tutaj pewnie zostaniemy do jutra.- Powiedział Michael wędrując zza drzew ku małej polanie przy rzece otoczonej drzewami.- Alice i Lowell gotują. Elize i Marry idą po wodę. A ty, Carolu, pójdziesz ze mną po drzewo na ognisko.
Lowell prawie natychmiast znalazł się u mojego boku, tak że stykaliśmy się ramionami. Pod wpływem dotyku poczułam falę złych emocji, ale i kilka tych dobrych.
Odeszłam i rozłożyłam przenośny stolik, na nim ułożyłam deskę do krojenia i nóż. Mieliśmy spakowane kilka warzyw, jednak nie widziałam ile możemy je takie trzymać. Najwyżej kilka dni. Zabrałam się więc do obierania ziemniaków.
- Chciałbym z Tobą porozmawiać, Alice. - Powiedział.
Skinęłam głową zapraszając, aby mówił.
- Co zrobiłem źle? Dlaczego mnie unikałaś?
Podniosłam głowę, aby spojrzeć mu prosto w oczy. Jednak zobaczyłam tam tylko zimny chłód. Chciałabym aby to przebiegło normalnie, jak zwykłą rozmowa. Bo przecież kiedyś musieliśmy o tym porozmawiać.
- Wtedy, jak uciekłam z tego...- Zatrzymałam się szukając słowa na to co się wydarzyło.- Kiedy uciekłam z obozu w tym samym dniu. Nie mogłam sobie poradzić z tym, że... Że zabiliśmy człowieka. A właściwie to spaliliśmy.
Starannie uciekałam wzrokiem, uczyłam się tego przez tyle miesięcy, bo była pewna, że przyda mi się to właśnie w takich trudnych momentach. Teraz jakby nie udawało mi się to. Chciał widzieć jak mówię o tym co było i słyszeć jak nie umiem o tym właściwie mówić.
- Nie rozumiem.- Westchnął.- Nie rozumiem po prostu. Myślałem, że uważasz to za konieczność. On musiał umrzeć.
- Co ty wygadujesz?- Gwałtownie opuściłam ręce z ziemniakiem w jednej i z nożem w drugiej.
- Mów ciszej, nie jesteśmy tu sami. I mam nadzieję, że nikomu o niczym nie mówiłaś, bo to miałoby dla Ciebie nie pożądane skutki.- Uśmiechnął się trochę złośliwie.
Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał.
- I jeszcze jedno. W te wakacje to ty odwalasz brudną robotę. Mamy już wytyczoną ofiarę, jest w grupie z Twoją psiapsiółą. James oczywiście pomoże Ci w tym. Ale sama musisz zdobyć benzynę i tak dalej.- Spojrzał mi głęboko w oczy nachylając się aby upewnić mnie, że nie mam szans na sprzeciw.
Byłam sparaliżowana, ale coś w mojej głowie krzyczało "Nie pokazuj mu słabości". Znowu miał ktoś zginąć, a ja mam w tym brać czynny udział. Gdybym mogła w ogóle się poruszyć na pewno cała bym dygotała. Ale strach był wręcz idealny. Wypełniał mnie całą.
- Co ty będziesz robił?- Wykrztusiłam.
- To samo co z Tobą, mała.- Zaśmiał się.
Obok nas pojawiły się dziewczyny z wodą, zakończyliśmy rozmowę. Trochę mnie mdliło, źle się czułam. I chyba Elize to zauważyła, bo zapytała co się dzieje. Nie mogłam się odezwać i bez odpowiedzi odeszła.
Miałam nocą dyżur, obserwowałam gwiazdy na nocnym niebie. Były takie piękne i wydawały się nie mieć problemów. Sama dobrze zamaskowałam swoje. W końcu chodziłam na jakieś tam zajęcia teatralne w przeszłości. Ale to już się dla mnie nie liczyło. Po prostu chciałam zniknąć i uprowadzić tego chłopaka, który został "Wybrany".
Dowiedziałam się o nim kilka faktów. Mianowicie, że ma na imię Nellie i jest muzułmaninem. 15 lat, metr osiemdziesiąt cztery, ciemna karnacja.
Byłam gotowa udawać, że się boję, chociaż tak naprawdę byłam już zmotywowana do działania. Powinnam pomóc temu chłopakowi. I tak też się nastawiłam do obmyślania planu działania.
---
Trochę się zmieniła koncepcja opowiadania. Ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. :)
Miłego dnia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz