Gdy dotarliśmy na piętro czwarte schodami, ponieważ nie było wind. Tłum znacznie malał, nie przypominało to już miejsca piętro, dwa niżej. Korytarze na schodach tłumiły dźwięk naszych kroków. Panowała taka cisza jakby już nikt nie miał nic wspólnego z tymi poziomami. A jednak po wdrapaniu się na przedostatnie piętro, kiedy schody prowadziły już tylko w górę strzelistym, stromym łukiem dając znać, że to najwyższy poziom. Przynajmniej dla śmiertelników.
Drzwi były tylko jedne.
- Poczekajcie chwilę, dobrze? - Szepnęła przepraszająco zerkając na mnie i Neilla przez ramię.
Oboje zostaliśmy na swoich miejscach patrząc jak wchodzi do pokoju, przez ciężkie, czerwone, drewniane drzwi. Wkrótce wyszła zza nich i kiwnęła głową zapraszając nas.
Weszłam zaraz po Marry. Pokój był w pięknych słonecznych kolorach. Wypełniały go teraz ostatnie promienie zachodzącego słońca. Minęły trzy godziny od kiedy tu przyszliśmy. Nauczyłam się bezbłędnie odczytywać czas słoneczny. Na ścianach leżały wypuszczane przez okno piękne promienie. Oświetlały one obrazy, mapy, wgłębienia w nich. Zdjęcia przedstawiały kobiety, najpewniej z piętnastego wieku. Mapy ukazywały fragmenty półkuli ziemskiej, fragmenty lasu, było na nich umieszczone wiele szpilek, punkcików, linii, nitek.
Ale najważniejsze w pokoju było biurko, ustawione naprzeciwko okna, za nim siedziała staruszka. Wcale się nie uśmiechała. Jej wyraz twarzy przypominał raczej współczucie, ubiór ukazywał, że jest znaczną postacią w tym budynku i może w całym mieście.
- Ty musisz być Alice. - Powiedziała, wstając i podając mi dłoń.
Miała bijące zielenią oczy i niemal przezroczystą skórę. Białe włosy opadały na chudą twarz. Cała wydawała się być taka malutka.
- A Ty musisz być Neille. - Stwierdziła podchodząc do chłopaka.
- To moja babcia. Zajmie się Wami do pewnego czasu. - Oznajmiła Marry.
Zmarszczyłam brwi.
- Czyli do kiedy?
- Aż zło nie zniknie. - Dokończyła staruszka.
- Jakie zło? Co nam grozi?- Zapytałam.
Niepokoiłam się. W lesie nadal został Carol, Michael, Jess...
Myśl o tym, że mogliby umrzeć była paraliżująca. Dlatego wolałam o tym nie myśleć. I o tym, co ostatnio przeżyłam w hali również.
Kobieta zaklaskała dwa razy. Po czym do pokoju weszła młoda dziewczyna, mogła mieć najwyżej piętnaście lat. Leciutko ukłoniła się przed nami i z posłuszeństwem patrzyła na swoją "panią".
- Eligio, to jest moja wnuczka - Marien. To jest Alice oraz Neille. - Przedstawiła nas dziewczynie. - Proszę, zabierz chłopca i pokaż mu jego pokój na ostatnim pietrze numer trzysta dwadzieścia osiem.
- Tak jest pani.
Eligia chwyciła chłopaka delikatnie za łokieć i poprowadziła do wyjścia. Zaraz drzwi zamknęły się za nimi.
- Proszę, usiądźcie.- Powiedziała babcia i wskazała fotel.
Pomieszczenie było dosyć duże jak na jedną osobę. Dopiero po chwili zauważyłam co tak naprawdę go uzupełnia. Na każdej ścianie oprócz tej poświęconej pamięci i mapom rozciągały się szafy z księgami. Kobieta podeszła do jednej z nich i wyjęła cienką książkę w twardej oprawie z drewnianymi kartami.
- Nie musimy rozmawiać o tym co zobaczyłaś. - Przerwała aby słowa zawisły w powietrzu. - Ponieważ ja wszystko wyczytałam z kuli. Po Twojej minie sądzę, że raczej nie wiesz kim jesteś i co się wtedy wydarzyło...
Przewróciła kilka kart książki.
- Ale jeśli zechcesz porozmawiać. Możesz się do mnie zwrócić. - Zapewniła mnie patrząc prosto w oczy. - Rozumiesz?
- Co się wtedy stało?- Nie.
Kobieta wymieniła spojrzenie z Mary, a właściwie Marien.
- Droga Alice. To wszystko co Cię spotkało prowadzi do Twojej pierwszej przemiany.
- Jakiej pierwszej przemiany? - Nie miałam pojęcia o czym ta kobieta mówi.
- Pochodzisz z Marion? - Przytaknęłam.- Czy wiesz jak nazywała się Twoja prababka?
- Tak, Cecylia.
Kobieta zaśmiała się, wprawiając mnie w rozdrażnienie.
- Pytam raczej o stronę taty.
- Nie znałam taty.
- A dziadka?
Zaniemówiłam. Zapadła długa cisza. Nikt nie rozmawiał ze mną o dziadku od wielu miesięcy. Jego wspomnienie nadal przywoływało bolesne myśli. Błąd, bolesne było raczej wracanie do nich. Potrafił tak wiele rzeczy mi pokazać nie mówiąc ani słowa. Nauczył mnie wyczekiwać okazję, wypatrywać znaków kiedy mogę zaatakować.
To śmieszne. Kiedyś zabrał mnie na polowanie. Mieliśmy ze sobą wiatrówkę, leżeliśmy godzinami w wysokiej trawie czekając na jakąś zwierzynę. Kiedy już nadszedł jeleń obserwowaliśmy jak się porusza w poszukiwaniu pożywienia. Nie mogłam go tak po prostu zabić, dla zabawy. I jestem święcie przekonana że dziadek nie mógłby również. Dlatego kiedy trzykrotnym rozkazem nakazał mi nacisnąć spust broń nie oddała strzału. Nie było w niej śrutu. To pokazało mi, że nie chciał abym zabiła tamto zwierzę, chciał abym umiała się obronić gdyby ktoś mnie atakował.
- Kwieta.- Powiedziała patrząc w księgę.
Pochyliłam się w fotelu, aby lepiej zrozumieć sytuację.
- Miała na imię Kwieta.-Powtórzyła podnosząc wzrok.- Najczęściej ludzie z wioski nazywali ją "Wiosenką", ponieważ była to osoba spokojna, poukładana, radosna, zamknięta w sobie.
- Dlaczego o tym mi pani mówi? - Zapytałam.
- Ooh, nie przedstawiłam się. - Wstała i podała mi znów swą dłoń. - Mów mi Aurelia. Nigdy pani.
- Dobrze... Aurelio. W takim razie, czemu o rozmawiamy o mojej rodzinie?
- Pragnę pokazać Ci obraz tego czym jesteś, a raczej tym, czym się staniesz.
- Słucham więc.- Odparłam, ale w oczach miała już łzy. Bałam się usłyszeć że ja również mam większe cele niż każdy inny śmiertelnik. A może bałam się też usłyszeć, że nim nie jestem. Bo czemu znajduje się na świecie miejsce dla kogoś kto niby żyje, a jednak nie jest tym kim są wszyscy. Bałam się usłyszeć że jestem inna. Każdy by się tego bał.
- Kwieta była kimś niezwykłym. Potrafiła każdego uzdrowić ziołami i płynami jakie sama tworzyła. Ale to nie wszystko. Kwieta urodziła się czarownicą. Rzucała zaklęcia na ludzi, aby wyzdrowieli. Dar ten odziedziczyła po swojej matce i babce. W rodzinach bywa tak, że dziecko należy uczyć, odkrywać jego talenty. Ty natomiast urodziłaś się w nieświadomości. Nikt Cię nie przygotował do Twoich tegorocznych urodzin, w które przejdziesz transformację.
- Słucham?!
Marien i Aurelia znów wymieniły spojrzenia. Tym razem odezwała się Marien.
- Mam tutaj księgę o Twoim rodzie. Zasłużyli się dla naszego miasta, dlatego na ścianie i w bibliotece są wzmianki o nich.
- Chcę zobaczyć akta.- Oznajmiłam twardo.
- Nie sądzę, aby było to ko...
- Proszę. -Przerwałam stanowczo, bo głos mi się łamał. Nie wiedziałam tyle lat zupełnie nic o mojej rodzinie, a teraz jak za sprawą czarodziejskiej różdżki wszystko się pojawia.
- Dobrze. - Zaklaskała dwa razy i w pokoju zjawiła się Eligia.- Proszę, przynieś mi przygotowane akta rodu rodziny Butler.
- Tak jest, pani.
***
- Spójrz tutaj.- Wskazała Aurelia na zdjęcie pokazujące drzewo rodzinne. - Tu jest Największa Czarownica.
Na fotografii była kobieta łudząco podobna do mnie. Brązowe fale, szare oczy, wydatne kości policzkowe i zadarty nos.
- To niemożliwe.- Wyszeptałam.
- A jednak. - Odpowiedziała mi Marien.
- Pani, źle się czuję. Kręci mi się w głowie. - Zawołała Eligia po czym zachwiała się na nogach. Ja i Marien podbiegłyśmy by złapać ją w ostatniej chwili nim upadnie na podłogę. Rudowłosa mnie wyprzedziła i przytuliła dziewczynę po piersi szepcząc, że wszystko już dobrze. Niestety wyraz twarz Eligii wskazywał gorączkę.
- Marien, pomożesz iść Eligii do lekarza na dole. A ty Alice, przemyśl to co Ci powiedziałam i proszę, idź na najwyższe piętro i zajmij pokój numer trzysta pięćdziesiąt. Rozgość się tam i zejdź na kolację za dwie godziny na trzecie piętro. - Nakazała. - Do zobaczenia.
----
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz