sobota, 26 września 2015

Rozdział 10

   Nie wierzę że to robię. Dosłownie, nie mogę się otrząsnąć. Akcja dzieje się tu i teraz, jesteśmy w hali. Tylko zimny beton i ciemność otaczają nas dookoła. Obróciłam się o 180 stopni. I nagle zaświeciła się w moim zmęczonym umyśle jasna i ciepłym promieniem przecinająca mnie na wskroś żarówka, światło lub płomień. Rozjaśniła powoli moją twarz mimo, że była to tylko wąska wstążka światła. Powoli robiło mi się ciepło, znałam to uczucie. To była nadzieja. Piękna emocja, zawsze w najgorszych chwilach pomagała mi wytrzymać i teraz również się zjawiła aby mi pomóc. 


   Kiedyś ktoś na pogrzebie dziadka powiedział mi, że kiedy tylko w chwilach zagrożenia życia zobaczę światło Księżyca w pełni będzie to oznaczało, że On czuwa nade mną. I ten ktoś nie wyjaśnił mi kim jest On, ale rzeczywiście miał ten człowiek rację. Kimkolwiek by ta istota nie była dodawała mi siły psychicznej. Abym mogła szybko myśleć i kierować się w odpowiednią stronę. No więc teraz też tak było. 
    Kiedy tylko się odwróciłam zobaczyłam uchylone drzwi hali, przez które wpadało światło księżyca. Byliśmy tu we dwoje. Ja i James. Chłopak dopiero niedawno do mnie dołączył, pewnie kopał dół tak jak w ubiegłym roku. Byłam przerażona, bo wiedziałam co się dzisiaj może stać. W głowie kartkowałam rozdziały scenariusza, który sobie ułożyłam aby ocalić Nelliego i Marry. Dziewczyna wiedziała ode mnie na co się pisze. Powiedziałam jej wczoraj wieczorem i dałam czas aby sobie wymyśliła plan akcji. Ma grać zakochaną w Lowellu, chociaż w sumie pewnie nawet nie musi... Problem w tym, że chcąc nie chcąc uwierzyła mi na słowo o tym co będzie się działo. Zostania zamieszana w przestępstwo i nie będzie odwrotu. Lowell wybrał ją tak samo jak wybrał mnie. W każdym razie wiem, że oczyszczą go z zarzutów bez względu na to jak ciężkie byłyby oskarżenia i jak mocne sędzia miałby dowody na jego winę. Tylko James pcha się w to na ślepo. Sam pewnie nie wie w jakim celu to robi, może brat mu zagroził? Przecież wykonuje czarną robotę. I to z uśmiechem na ustach. Niewiarygodne jaki przerażający demon może czaić się w pięknym opakowaniu. 
   James jest na trzecim roku studiów. Najlepszy uczeń, najwyższe oceny, najprzystojniejszy chłopak i pewnie można by wymieniać tak w kółko. Teraz ten sam chłopak siedzi na krześle jakieś siedem metrów ode mnie bujając się w przód i w tył ze znudzeniem czekając na zastrzyk adrenaliny, który dostarcza mu spalanie zwłok. Wciąż zadaję sobie pytanie jak zaczęło się to u niego. 


  Nagle usłyszeliśmy kroki na zewnątrz. James zerwał się bezszelestnie z krzesła i przygotował wszystko do ataku. Kroki się zbliżały i była to jedna osoba. Drzwi się otworzyły i przez chwilę stała w nich ciemna, wysoka postać. Niemal nadludzka. James rzucił się na nią zakładając worek na głowę i powalił postać na zimny beton. Nie odważyłam się poruszyć, bo zaraz ktoś podszedł od tyłu do chłopaka duszącego wijącą się postać i przystawił mu coś błyszczącego do szyi przecinając skórę jednym pociągnięciem. Z rany lała się czarna maź. Ciało chłopaka opadło bezwładnie na postać z workiem na głowie. Tamten czując, że ktoś go uratował zepchną wykrwawiające się ciało dwudziestoparolatka na bok i zdjął worek. Nim zdążył go rzucić na ziemię dostał kilka ciosów w brzuch i sam opadł na ciało Jamesa. 
   Wstrzymałam oddech. Powietrze zapachniało świeżą krwią, ciała spoczywały jedno na drugim a wokoło była czarna kałuża. Sprawca rozglądał się po hali, byłam wstrząśnięta tym co zobaczyłam. Wszystko działo się tak szybko, że nie mogłam zareagować ani krzyknąć, ani nikt nie mógł wydać z siebie jakiegokolwiek odgłosu. Czułam jak ciepłe łzy spływały mi po policzkach, modliłam się by nie szlochać. Postać dźwignęła ciało chłopaka, który dostał ciosy w brzuch. Kiedy ciągnął zwłoki przez otwarte drzwi zauważyłam znajomą bliznę na ramieniu. To był Lowell. To jego James dusił. Oczywiście przez przypadek. To była pomyłka, za którą musieli oboje zapłacić. Jeżeli Lowell tu przyszedł sam oznacza to, że coś poszło nie tak. 
    Zostałam w hali jedyna żywa. Bo przy drzwiach leżało jeszcze ciało Jamesa, mogłabym uciec teraz. Wystarczyłoby wymknąć się przez tylne drzwi, tymi którymi dostał się tu sprawca. Ale nie uciekałam. Jeszcze nie teraz. Nie byłam na tyle głupia żeby korzystać z pierwszej lepszej szansy, nawet jeżeli byłaby to jedyna możliwość. Musiałam zostać i poczekać, aż wróci po Jamesa. I tak też było. Wrócił. Kiedy wchodził ujrzałam czerwoną czapkę na głowie. Myślałam czy  mogłabym go znać. Z czymś mi się ona skojarzyła, ale nie dałam się poprowadzić tym tropem. Trzeba się wydostać. Znaleźć Marry i Nellie. 
Wyciągnął ciało Jamesa, po tym jak szybko wrócił sądzę, że jest nie daleko. Może znalazł dół, który wcześniej wykopano na potrzeby tej chorej akcji? To oznacza, że powinnam zachować czujność. 
   Najciszej jak się dało przesunęłam się do drzwi, którymi wszedł nieznajomy. Brakował może trzech metrów do wydostania się kiedy nagle oniemiałam. Na mojej drodze pojawił się wilk. Od naszego spotkania mógł minąć miesiąc. Bestia stanęła ze mną prawie oko w oko. Był jeszcze bardziej przerażający niż za pierwszym razem. Jego sierść lśniła neonowym pomarańczem. Nie znałam nazwy tego koloru. Był on niesamowity i niespotykany. Tak samo jak miesiąc temu przerażał mnie jego wzrost i potęga. Głębokie, czarne oczy wpatrzone we mnie nie ze wściekłością, ale z przerażeniem i nagle sobie uświadomiłam... wilczku, jesteś tu tak samo bezradny jak ja. Poczułam jakby czytał mi w myślach. I chyba też oboje wyczuliśmy, że zło nadchodzi. Podbiegł do mnie i poruszył pyskiem moją rękę dając mi znak gotowości do ucieczki. Chwilę później już nas tam nie było.
                                 *

Pędziłam przez las jak w transie napędzana paraliżującym strachem. W każdej chwili moje życie mogłoby się skończyć jednym pociągnięciem noża tamtego rzeźnika. Biegnąc ile sił w nogach coraz oglądałam się na wilka, który dotrzymywał mi kroku. Wyglądał nierealnie jak biegł obok sprawnie przeskakując coraz to większe pieńki, przewalone drzewa, krzaki. Mogłabym patrzeć na niego przez ten cały czas, ale ryzykowałabym zderzeniem z drzewem. 
   W końcu zmęczenie wzięło górę nade mną i zwolniłam. Po kolejnych dwóch kilometrach zatrzymaliśmy się. Żadne z nas nie miało siły biec. Mam wrażenie, że wilk rozumie mnie bez słów. Miałam wręcz wrażenie, że to nie jest wilk. Kiedy już był obok czułam się bezpieczniej i jego obecność dodawała mi otuchy. Lepiej się czułam będąc tu ze zwierzęciem niż sama pośród wielkiego lasu. Patrzyłam jak spokojnie układa się zwijając swoje wielkie ciało na miękkim mchu i zasypia. Było w tym coś kojącego. W końcu sama zasnęłam głębokim snem bez snów. 
***


    Musiało być wcześnie kiedy się obudziłam. Zaledwie wstawał świt. Nie przespałam dużo. I zmęczenie sprawiało mi sen z powiek. Kiedy tylko się rozbudziłam spojrzałam dookoła. Powróciły męczące obrazy wczorajszej nocy. Ne mchu nadal spał zwinięty wilk. W porannym słońcu, które już zaczynało przebijać się przez chmury jego sierść była jeszcze bardziej nierealna. A sposób ułożenia jego cielska był pewnie nie wygodny. Przypominał mi człowieka. Nie wiedziałam czemu, patrzyłam na niego i widziałam małą zwiniętą w sobie istotkę, która nie potrafi uwolnić się z ciała. 
   Jak na komendę podniósł powieki i zamruczał. W ciągu kilku sekund jego ciało zaczęło się zmieniać. Potężne łapy z długimi pazurami zamieniły się w delikatne, artystyczne, kobiece dłonie. Znikła sierść, zamiast tego pozostały rozczochrane włosy w kolorze mandarynki. Cielsko zamieniło się w drobnej budowy ciało wysportowanej dziewczyny. Nie mogłam uwierzyć, że ku mym oczom ukazała się Marry. To już nie był wilk, potężny, wielki, przerażający i pewny siebie. To była dziewczyna, z którą miałam do czynienia codziennie. 
    Nie czekała aż coś powiem, tylko wstała i zniknęła gdzieś za drzewami. Siedziałam jak wmurowana w ziemię, kompletnie zaskoczona i z niedowierzaniem kręciłam głową. To nie może być prawda. Takie rzeczy nie istnieją. 
Wkrótce wróciła ubrana w białą bluzkę i czarne dżinsy. Włosy miała związane w kitkę. Przyniosła mi kilka ubrań do przebrania i poprosiła abym je włożyła. 
    Poszłam więc nad brzeg rzeki wijącej się niedaleko i obmyłam ciało wodą. Nie była zimna. Mimo, że w nocy temperatura wyraźnie spadła. Zmyłam z siebie resztki wczorajszej nocy i uprałam ubrania, które pachniały krwią. Nie miałam siły rozpamiętywać co działo się wczoraj, niech to po prostu tak zostanie. 
   Wróciłam do Marry, która wyciągnęła z torby kilka konserw i chleb. Siedziałyśmy nie mówiąc nic o tym czym mnie zaskoczyła. To było niesamowite, ale jeśli nie chce o tym wspominać ja nie będę naciskać. W końcu nie wytrzymała napięcia.
- No zapytaj! - Poprosiła.
- Jak to się dzieje? Jak to możliwe?- Zapytałam.
- Potrafię zmieniać się w wilka, takiego jakiego już widziałaś. 
- Czym... kim jesteś?
- Zmiennokształtną. 
 I tu zapadła cisza, pewnie uznała, że jeśli wiem tyle to jest w porządku. Ale nie było źle. Byłam ciekawa, ale czułam, że niedługo i tak mi o wszystkim opowie sama. 


----
Miszi Mau.

wtorek, 22 września 2015

Rozdział 9

Obudziłam się następnego dnia.
To dziwne, ale miałam w sobie uczucie przypominające cykającą bombę, a z każdą chwilą traciłam czas na głupie myśli. W głowie oprócz pulsującego bólu miałam tylko słowo "Działaj". Obudził się we mnie zwierzęcy instynkt. Albo samoobrona. A może w ogóle obrona. Czekałam na atak krwiożerczej bestii. 
  
      Sama stałam się potworem ze swoich snów. 
Groźnym, nieustraszonym, o sierści pomarańczowej jak kolor włosów Marry. Dziewczyny, za którą teraz wziął się mój eks.
I serio, nie jestem zazdrosna. Ale boję się o nią. Lowell weźmie ją do akcji. 
   
    Wstałam, ogarnęłam się. Słońce przeciskało się przez otwarcie w namiocie. Jak zwykle nie zasunięte przez moją koleżankę. W sumie, to już przywykłam i myślę, że wytrzymam. 
  Wyszłam na polanę oblaną porannym słońcem. Niesamowite emocje uderzyły we mnie, kiedy zobaczyłam stosy rozłożonych namiotów. W oddali kręcili się ludzie. Nie Ci sami, których widywałam codziennie przez ostanie kilka... no właśnie. Dni? Miesiąc? To drugie całkiem by było zrozumiałe, bo każda godzina ciągnęła się nieskończenie długo.

* * *
- Hej, Carol. Co tam?- Zapytałam. 
Około południa znalazłam go siedzącego nad brzegiem rzeki po drugiej stronie od miejsca gdzie mamy rozbite obozy na polanie. Rzeka jest szeroka, wcześniej uważałam ją za wąską niczym wstążka. 
   Carol podniósł głowę sprawiając wrażenie jakbym rozproszyła jego burzę mózgów nad jakimś trudnym tematem. 
- Dobrze, gdzie byłaś przed obiadem?
- Poszłam na spacer. 
   Odpowiedziałam, przysiadając się obok niego. W sumie, to zdawałam sobie sprawę z tego, że kłamałam. Oczywiście, udałam się na spacer. Ale nie po to, by podziwiać przyrodę. Chciałam ustalić jak daleko od polany znajduje się hala i dół wykopany specjalnie dla Nellie. Okazało się, że do pokonania jest jakiś kilometr, może dwa. 
  Czas ciągle biegnie, a ja jeszcze nie wiem jak go zatrzymać. Albo nie dopuścić chociaż do zdarzenia. 

   Siedzieliśmy tak obok siebie bez słów oboje pogrążeni w myślach. Pomimo ciszy panującej wokół nas w głowie panował chaos. Tysiące myśli jak wataha motyli.
Postanowiłam, że opowiem wszystko Marry. Widzę jak Lowell się do niej przystawia i nie razi mnie to w oczy. Chodzi o to, aby nie była kolejną ofiarą. 
---
Miłego dnia. :)
Miszi Mau.

wtorek, 8 września 2015

Rozdział 8

(Parę dni później...)


 - Michael, zatrzymajmy się tu...- Ledwie wydyszałam zalana potem. 
  Była ciemna, mroczna noc. Przerażało mnie, że zaraz wstanie świt. Nie jedliśmy za wiele, a właściwie nic. Jedzenia było coraz mniej, a szliśmy coraz dłużej i dalej. I chyba krążyliśmy wokoło, bo wszystko wydawało się identyczne. Z jednej strony czułam nadzieję, że może wrócimy stąd szybciej do obozu. A z drugiej strony chciałam uciekać jak najdalej. Tak jak wtedy, kiedy rok temu uciekałam przez ten las. Taka była moja reakcja - ucieczka. Nikt o nic mnie dotąd nie pytał. Bo jednego dnia byłam, a drugiego nie. Czy to oznaczało, że jeśli ktoś zginie z jednostki nie wzbudza zainteresowania innych?
Booże, co ja podpisywałam? Na co się godziłam składając swój podpis na kartkach z regulaminem? Miałam tysiące myśli w głowie, wszystkie były dla mnie równie ważne. Zaczęłam mieć wątpliwości, że nieuważnie przeczytałam zbiór punktów ściśle ustalonych przez organizatorów. 
- Okej, tutaj rozbijamy obóz i pewnie zostaniemy na dwa lub trzy dni.- Zawołała Elize wskazując polanę już rzadziej otoczoną drzewami niż poprzednia. 
- Jeszcze jedno, to jest miejsce spotkań wszystkich czterech grup.- Dodał Michael ciszej, ale tak żebyśmy słyszeli. 
   Na tę wiadomość znieruchomiałam. Opiekunowie rozdzielali obowiązki na jutro rano, jednak nie mogłam skupić swojej uwagi na ich słowach. Słyszałam tylko "..miejsce spotkań wszystkich czterech grup..". 
Czterech grup. 
Mieliśmy się poznać. 
   Idealny czas na wykonanie mojego zadania powierzonego przez Lowella? Zaplanował to. Nie wierzę. Dałam się tak potraktować...
 Odruchowo spojrzałam na niego i ten uśmiech, niby przelotny, miły, słodki i uśmiech który tak bardzo kiedyś kochałam. Ten uśmiech na mnie czekał. Czuł aż na niego zerknę. Teraz nie miał wróżyć pozytywnemu zakończeniu. Wtedy, czyli rok temu, też nie miał mu wróżyć, ale ja chyba byłam zbyt zaślepiona zobaczyć to co naprawdę mi pokazywał. 
  Musiałam mieć szybki plan jak uratować Nellie. Widziałam do czego jest zdolny, to zwykła bestia. Bez uczuć. 


-----
Miszi Mau.

środa, 2 września 2015

Rozdział 7


 Rano wyruszyliśmy z obozu głównego. 
Po pokonaniu kilku kilometrów nie czułam jednak bólu czy zmęczenia. Bałam się, czułam że Lowell mnie obserwuje. Może to głupie, bo przecież szedł za mną, ale miałam wrażenie że wszystko co robił było wcześniej zaplanowane. 
 Nie tylko bałam się jego, bałam się że nie wrócę, że znowu coś komuś zrobię, że skrzywdzę. Przepraszałam Elize, która szła przede mną za każde nadepnięcie jej na stopę. Bo szłam jak w transie i nie zwracałam uwagi na to ile czasu idę. 
Nie było mi nawet gorąco, dopóki się nie zatrzymaliśmy przy rzece. 
     Woda, płynęła spokojnie tylko na pierwszy rzut oka. Wydawało mi się, że wszystko w tym lesie jest bezpieczne, więc ochrzaniałam siebie w myślach dlaczego można tak się bać. Skoro nie jestem sama. 
  Mieliśmy chwilę przerwy na odpoczynek. Dopiero teraz zauważyłam, że mam na sobie bluzę i długie spodnie. A był duży upał, temperatura mogła sięgać do czterdziestu stopni. A ja się wręcz paliłam. Postanowiłam się przebrać. 
 Znalazłam więc miejsce okryte gęsto drzewami, chociaż w sumie nie musiałam daleko szukać. Szybko zdjęłam spodnie i bluzę. Przez głowę mi przeszło że chyba trochę za bardzo panikuję. 
    Kiedy już wyszłam przebrana, żeby przyłączyć się do grupy zauważyłam tylko Marry.
- Gdzie reszta?- Zapytałam.
  W odpowiedzi wskazała palcem na wzgórze po drugiej stronie rzeki. 
Zapomniałam powiedzieć, że była zgięta w pół i nie widziałam jej twarzy. Co mnie zastanowiło. 
Po chwili się doczekałam i zobaczyłam jej fioletowo-czarne usta. We wściekle pomarańczowych włosach lekko potarganych wczepiły się listki krzewu. Całość wyglądała komicznie, więc zaczęłam się śmiać. Po czym do mnie dołączyła.
   Musiałyśmy się chichotać naprawdę głośno, ponieważ wzbudziłyśmy ciekawość Michaela, który cofnął się do nas aby zobaczyć co się dzieje. 
Kiedy podszedł bliżej miał oburzoną minę. I powiedział abyśmy dołączyły do reszty. 
 Marry szybko strząsnęła z włosów resztki roślin i próbowała daremno wytrzeć usta z koloru jagód. 
  Odwróciłam się przez ramię jeszcze na przewodnika, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. 


  Szliśmy szlakiem jeszcze jakieś dwie godziny, robiąc w tym czasie trzy przerwy aby ochłodzić się trochę w wodach płynącej rzeki. Słońce grzało bardzo mocno i miałam wrażenie niekiedy że brakuje mi tlenu. Moje blade ręce zamieniły się w trochę opalone, ale jestem pewna, że po dwóch dniach będę cała spalona.
  Mimo piekielnej temperatury zmierzaliśmy dalej i dalej. Wkrótce po południu zatrzymaliśmy się.
- Tutaj pewnie zostaniemy do jutra.- Powiedział Michael wędrując zza drzew ku małej polanie przy rzece otoczonej drzewami.- Alice i Lowell gotują. Elize i Marry idą po wodę. A ty, Carolu, pójdziesz ze mną po drzewo na ognisko. 


    Lowell prawie natychmiast znalazł się u mojego boku, tak że stykaliśmy się ramionami. Pod wpływem dotyku poczułam falę złych emocji, ale i kilka tych dobrych. 
Odeszłam i rozłożyłam przenośny stolik, na nim ułożyłam deskę do krojenia i nóż. Mieliśmy spakowane kilka warzyw, jednak nie widziałam ile możemy je takie trzymać. Najwyżej kilka dni. Zabrałam się więc do obierania ziemniaków.
- Chciałbym z Tobą porozmawiać, Alice. - Powiedział.
Skinęłam głową zapraszając, aby mówił. 
- Co zrobiłem źle? Dlaczego mnie unikałaś?
   Podniosłam głowę, aby spojrzeć mu prosto w oczy. Jednak zobaczyłam tam tylko zimny chłód. Chciałabym aby to przebiegło normalnie, jak zwykłą rozmowa. Bo przecież kiedyś musieliśmy o tym porozmawiać. 
- Wtedy, jak uciekłam z tego...- Zatrzymałam się szukając słowa na to co się wydarzyło.- Kiedy uciekłam z obozu w tym samym dniu. Nie mogłam sobie poradzić z tym, że... Że zabiliśmy człowieka. A właściwie to spaliliśmy.
   Starannie uciekałam wzrokiem, uczyłam się tego przez tyle miesięcy, bo była pewna, że przyda mi się to właśnie w takich trudnych momentach. Teraz jakby nie udawało mi się to. Chciał widzieć jak mówię o tym co było i słyszeć jak nie umiem o tym właściwie mówić. 
- Nie rozumiem.- Westchnął.- Nie rozumiem po prostu. Myślałem, że uważasz to za konieczność. On musiał umrzeć. 
- Co ty wygadujesz?- Gwałtownie opuściłam ręce z ziemniakiem w jednej i z nożem w drugiej. 
- Mów ciszej, nie jesteśmy tu sami. I mam nadzieję, że nikomu o niczym nie mówiłaś, bo to miałoby dla Ciebie nie pożądane skutki.- Uśmiechnął się trochę złośliwie.
   Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał.
- I jeszcze jedno. W te wakacje to ty odwalasz brudną robotę. Mamy już wytyczoną ofiarę, jest w grupie z Twoją psiapsiółą. James oczywiście pomoże Ci w tym. Ale sama musisz zdobyć benzynę i tak dalej.- Spojrzał mi głęboko w oczy nachylając się aby upewnić mnie, że nie mam szans na sprzeciw.
  Byłam sparaliżowana, ale coś w mojej głowie krzyczało "Nie pokazuj mu słabości". Znowu miał ktoś zginąć, a ja mam w tym brać czynny udział. Gdybym mogła w ogóle się poruszyć na pewno cała bym dygotała. Ale strach był wręcz idealny. Wypełniał mnie całą.
- Co ty będziesz robił?- Wykrztusiłam.
- To samo co z Tobą, mała.- Zaśmiał się.
  Obok nas pojawiły się dziewczyny z wodą, zakończyliśmy rozmowę. Trochę mnie mdliło, źle się czułam. I chyba Elize to zauważyła, bo zapytała co się dzieje. Nie mogłam się odezwać i bez odpowiedzi odeszła. 


Miałam nocą dyżur, obserwowałam gwiazdy na nocnym niebie. Były takie piękne i wydawały się nie mieć problemów. Sama dobrze zamaskowałam swoje. W końcu chodziłam na jakieś tam zajęcia teatralne w przeszłości. Ale to już się dla mnie nie liczyło. Po prostu chciałam zniknąć i uprowadzić tego chłopaka, który został "Wybrany". 
Dowiedziałam się o nim kilka faktów. Mianowicie, że ma na imię Nellie i jest muzułmaninem. 15 lat, metr osiemdziesiąt cztery, ciemna karnacja.
   Byłam gotowa udawać, że się boję, chociaż tak naprawdę byłam już zmotywowana do działania. Powinnam pomóc temu chłopakowi. I tak też się nastawiłam do obmyślania planu działania. 




---
 Trochę się zmieniła koncepcja opowiadania. Ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. :)
Miłego dnia.


Miszi Mau.