piątek, 31 lipca 2015

Rozdział 2

Jechałyśmy przez długi las.
Było tak pięknie, zaczęłam żałować tego wyjazdu. 
Zdecydowanie wolałabym umówić się z przyjaciółką na mieście, niestety już się zgodziłam na obóz. Nie było mowy aby marzyć o długich spacerach po sklepach. 
      Mama skręciła w dróżkę, na początku jej nie poznałam. Strasznie zarosła. Obóz w Detroit różnił się tym od innych, że przy drodze wcale nie było jakiejkolwiek informacji co znajduje się 4 kilometry od drogi głównej. Mimo wszystko obóz był pełen ludzi. 
   


   Gdy pokonałyśmy pierwsze dwa kilometry drogi czekał na drodze głęboki dół przy którym musiałyśmy zwolnić. Mama cicho zaklinała pod nosem nierówności nawierzchni. Miałam prawie zamknięte oczy, podróż bardzo mnie wymęczyła. Siedziałam oparta o okno pasażera gdy ku moim oczom pojawiła się pomarańczowa plama. Niebo pojaśniało i znowu zapanował mrok. 
- Mamo, zatrzymaj się- powiedziałam starając się opanować strach. 
  Zatrzymała auto, a ja otworzyłam drzwi. 
Niemożliwe - pomyślałam. 
Powoli wysiadłam z samochodu, musiałam wrócić na miejsce gdzie zobaczyłam plamę pomiędzy drzewami. Dobrze wiedziałam, że w lesie nie ma takich rzeczy bez powodu. 
   Usłyszałam za sobą kroki.
- Co widziałaś?- powiedziała szeptem kiedy przystanęłam.
- Jestem pewna, że coś wysokiego i pomarańczowego 
  Kątem oka zauważyłam jak rozgląda się po drzewach i blednie. 
- Aalice
 Odwróciłam się w jej stronę, ruchem ręki pokazała mi gdzie patrzeć. Zanim spojrzałam w stronę poczułam duszące powietrze przesycone metalicznym zapachem krwi. 
   
   Za drzewami zobaczyłam polanę. Podeszłam bliżej i minęłam ostatnie drzewo. Na środku rosło drzewo. 
Nagle nad naszymi głowami przeleciał ptak, a za nim cała wataha. Po chwili pojęłam na co patrzę. 
Pod drzewem stał zardzewiały samochód. Kiedyś musiał mieć czerwony lakier i na pewno był pięknym modelem. Teraz nad nim zwisało ciało przywiązane do gałęzi drzewa sznurem, takim który używa się do holowania samochodów. 

Obie ciężko oddychałyśmy, mój mózg nakazał mi uciekać, ale ciało stało i nie potrafiło się poruszyć. Tak jakby siła grawitacji przyciągała mnie bardziej niż zwykle. 
Stałam oniemiała, moje serce otworzyło się znowu i rana pulsowała. 
Zdecydowałam się wyjść zza drzew, prosto na polanę. Kiedy znalazłam się już dalej od mamy zorientowałam się, że łąka miała idealnie kształt koła. Kiedy przyglądałam się wisielcowi spostrzegłam na jego twarzy uśmiech. Krew, która ciekła po jego ubraniu musiała być świeża. Tak jakby wszystko to na co patrzę zdarzyło się właśnie przed chwilą. 
   Po drugiej stronie polany wyczułam ruch. I nagle ku mym oczom ukazał się wilk. Wielki, prawie jak niedźwiedź. Moją uwagę przykuła jego niespotykana neonowa pomarańczowa sierść, która teraz lśniła w świetle zachodzącego słońca. Jego oczy były czarne, głębokie i nieprzeniknione. 
 - Alice?- zawołała mama, w jej głosie słychać było strach.
  Wróciłam do niej w myślach obwiniając siebie o to że pozwoliłam jej na to patrzeć. Dobrze wiedziałam, że ma Tanatofobię. Wiedziałam, że boi się śmierci. 
  Nagle gałąź, która utrzymywała ciało łamie się i razem z wisielcem uderza najpierw o dach samochodu, a następnie ląduje na ziemi. Nie miałam już siły by się odwrócić. Przytuliłam mamę i zaprowadziłam do samochodu. 
*** 
Gdy policja dojechała na miejsce gubiąc się po drodze dwa razy stałam obok otwartych drzwi pasażera. Mama była tak sparaliżowana, że bałam się odejść złożyć na spokojnie zeznania.
Oparłam się o drzwi patrząc co robi z moją najbliższą osobą strach. Sięgnęłam ręką do jej ramienia i przytuliłam. 
- Wszystko będzie dobrze - powiedziałam. 
   W tym samym czasie podszedł do nas jeden z policjantów obrzucając nas współczującym spojrzeniem. 
 - Na dziś to już koniec akcji, ciało zostanie przewiezione do kostnicy i zbadane. Nie możecie tu zostać. - powiedział - Musimy odwieść Was do domu. 
- Nie jesteśmy stąd, wiozłam córkę tędy na obóz wakacyjny, mieszkamy w Marion. 
  Policjant spojrzał na mnie. 
- Obóz w Detriot? - spytał unosząc jedną brew.
Przytaknęłam głową.
 - Co roku odnotowuje się zaginięcia, przestępstwa, rozboje i rozpowszechnianie substancji psychotropowych. Naprawdę wysyła pani tam córkę? - prychnął
- Sugeruje pan, że nie wiem gdzie puszczam córkę? Ma pan mi coś do zarzucenia? 
- Nie, tylko mówię, że to trochę niebezpieczne miejsce. Dzieciaki z miasta urządzają sobie z lasu pole do zabawy. W tym roku do samego miesiąca kwietnia odkryliśmy trzy grupy satanistów. Tak zwane sekty.
- Jak to sekty? - zapytałam
- Grupa składa się najczęściej z pięciu osób - nastolatków w wieku 16 lat. Są oni zafascynowani śmiercią, lucyferem, wierzą w duchy i wywołują je z zaświatów. Składają im w ofierze swoich młodszych kolegów. Ofiary mają mniej więcej po 13-ście lat. - Wierzy się, że  w tym wieku ludzkie ciało jest najłatwiejsze do opętania. Aby odesłać ducha trzeba zabić opętanego człowieka, dlatego najczęściej znajdujemy ich po fakcie. Później wysyła się ich do psychologów i egzorcystów. Zależy jak daleko zdążą się posunąć. 
- W takim razie dlaczego nikt nie mówi tego w recenzjach na stronie internetowej obozu? -zapytałam.
- Organizatorzy bardzo dobrze reklamują obóz w Internecie, wyparli się wszelkich złych wydarzeń, które miały miejsce na terenie lasów. Bywają ludzie, którzy zanim tutaj przyjeżdżają pakują swoje bagaże i na drugi dzień ich nie ma. Uważają, że coś tu straszy. 
-Może to tylko uczestnicy obozu? 
- Opisy są bardziej podobne do jakiegoś zwierzęcia.
  Przed oczami mojej wyobraźni pojawił się znowu wilk. I polana, która wciąż była niedaleko. 
- Czy podano szczegółowy rysopis? 
- Włochate, rude, duże
  Poczułam nerwowe spojrzenie mamy na sobie. 



-----
Dla mojej siostry:)
Miszi Mau. 

wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział 1

- Nie!- Wrzasnęłam, po czym z hukiem zatrzasnęłam drzwi.
    Uderzenie było tak silne, że meble niebezpiecznie zadygotały. 
Powiedzenie, że jestem wściekła by nie wystarczyło. Byłam tak wytrącona z równowagi, że moje tęczówki zmieniły kolor; odziedziczyłam ten talent po moim dziadku. Niestety, z tą różnicą że on umiał nad nim panować. 
   Wspomnienie go nadal sprawia mi ból. Ranę, która powstała po jego śmierci w moim sercu nazwałam Księżycem. Pamiętam, jak nocą obserwował gwiazdy. Pewnego dnia zachorował na ciężką chorobę. Zmarł 2 lata temu. Był astrofizykiem, opracował nawet swoją własną teorię na temat, którego nigdy nikomu nie zdradził. Nie sądzę, aby skończył swój projekt. 
   Kiedy byłam mała opowiadał mi dużo o Księżycu, większość z tych informacji sam zaobserwował przez lunetę. Wyliczył nawet wiek, w którym Księżyc się rozpadnie. Zawsze brakowało mu czasu. Kolejna rzecz, która nas łączy. Było ich wiele. To podobieństwo sprawiało, że babcia często siedziała naprzeciwko mnie i patrzyła na moją zadowoloną i radosną twarz, kiedy po policzku spływała jej łza.
    Dziadek umarł śmiercią o której zawsze marzył. Znaleziono go rano w jego pokoiku na fotelu przed oknem. Tego dnia była pełnia, która nigdy nie miała dać mi spokoju. 

-Alice?- Powiedziała mama przez zamknięte drzwi do mojego pokoju - Porozmawiajmy.
Nie umiałam się odezwać, nie wiedziała co robi. Poczułam, że łzy spływają mi po policzkach. Leżałam na łóżku zwinięta w kłębek. Spojrzałam na okno, według mnie mogło minąć kilka godzin. Nie dużo, dwie lub trzy. 
-Alice?- Jej głos był tak delikatny, że prawie szeptała.
-Mamo- Odezwałam się, ale mój głos był ochrypły. Przełknęłam ślinę i zamknęłam oczy- Pojadę. 
   Mama otworzyła drzwi i bezgłośnie weszła do środka. Podeszła do mnie i usiadła na łóżku. Przez okno wpadały promienie słońca, na dziś ostatnie. Pierwszy lipca. 
-Wyjeżdżamy jutro?- Spytała.
-Tak.
   Wakacje ledwo co się zaczęły, a ona już chce mnie wysłać na całe lato. Pieprzony obóz. Zgodziłabym się tam jechać, gdybym mogła tylko wymazać ostatni rok swojego życia. 
Po moim policzku znowu spłynęła łza.
-Co się stało?
-Nic, jest okej. Zaraz zacznę się pakować, dobrze? 
- Wiesz dlaczego proszę Cię abyś pojechała na ten obóz?- Zapytała 
-Bo oszczędzałaś na niego cały rok, nie będziesz miała urlopu i masz dużo pracy w biurze. 
    Spuściła wzrok. 
-Nie tylko. Chcę żebyś poznała nowych ludzi, żebyś była szczęśliwa.- Spojrzała na mnie smutno- Rozumiesz?
-Rozumiem
-To co? Mogę Cię wysłać?- Zapytała głosem pełnym nadziei.
Zaśmiałam się i wytarłam łzy.
-Pod warunkiem, że będziesz dobrze bawić się w biurze.
Pocałowała mnie w czoło i przytuliła. 

                  * * *
Byłam tam poprzedniego lata. Obóz w Detroit w stanie Michigan. Prowadzi go Pani Judy i Pan Richard. Nigdy nie dorobili się dzieci, ale prowadzenie wycieczek po rozległych lasach stanu zawsze było ich marzeniem. 
    To właśnie tam spotkałam swoją pierwszą miłość i największy dotychczasowy błąd. Miał na imię Lowell - brunet, 193cm, zielone oczy, starszy o dwa lata. 

   Nasz związek trwał jedynie miesiąc. Dokładnie 1 września na moich oczach kochał się z Megan, moją najlepszą przyjaciółką. Dwa dni później przeżyłam najgorszy dzień mojego życia. 
W tym roku również miał przyjechać na obóz. Przyjeżdża tam co rok. Wiele mi opowiadał o tym jak działo się tutaj w poprzednich latach. O morderstwach, o samobójstwach, o sektach, o wszystkich innych okropnościach, które nie mieszczą się w głowie. Wielu ludzi przyjechało tu i nie wracało do domów. Wszystko dlatego, że lasy są naprawdę gęste i nie przeniknione. 
  Dlatego tak ważne było abyśmy trzymali się naszych przewodników. Jednak tego ostatniego dnia oboje nie posłuchaliśmy. I wydarzyło się coś strasznego...



-----
Pisząc ten pierwszy rozdział z mojej książki naprawdę wiele rzeczy zajmowało moją uwagę. Jak na przykład to: 
Albo chociaż rozmowa z moją przyjaciółką :D Którą od razu pozdrawiam serdecznie, bo zaraz pewnie zobaczy ten post :D. 
Powinnam Ci podziękować, bo to za Twoją pomocą powstał tan post. Chociaż nie wiem czy to dobrze czy źle. Wszelką krytykę przyjmuję na pół z Tobą, ale pamiętaj że hejty są Twoje w 80% :D Hahaha
Mam nadzieję, że spodoba się wam te opowiadanie, które piszę od baaardzo dawna. I nadal nie jest skończone, niestety nie mam takiego kopa żeby wszystko napisać. Podsyłajcie pomysły, może powstanie zupełnie inna historia niż napisałam ją u siebie na kartkach. 
Miłego dnia :* 
Miszi Mau.